Ułatwienia dostępu
Przejdź do głównej treści

Loony Planet: Nadciąga „Święta Księga Podróżniczych Porażek”!

Loony Planet: Nadciąga „Święta Księga Podróżniczych Porażek”!

Nadchodzi coś, co miało nigdy nie powstać
(i pewnie nie powinno)

Po wieloletnich badaniach terenowych nad zachowaniem osobnika Homo Turisticus Naivnicus – stworzenia, które wierzy, że pociąg „na pewno jeździ codziennie” i że „Airbnb jeszcze nigdy mnie nie zawiodło” – Travelogic Zero × Loony Planet postanawia popełnić dzieło literacko-samobójcze:

 

Święta Księga Podróżniczych Porażek

czyli jak spektakularnie przegrać z budżetem,
logistyką i własną głupotą – z biletem w jedną stronę


 

Zanim znów kupisz bilet „w jedną stronę”, spakujesz trzy pary tych samych skarpet i odpalisz Excela, w którym magicznie wydajesz 20 euro dziennie – przeczytaj to. Bo jeśli myślisz, że świat czeka na ciebie z kokosem, uśmiechem i tanim hostelem z widokiem na ocean, to… serdecznie witamy w twojej ostatniej chwili niewinności. „Święta Księga Podróżniczych Porażek” to nie poradnik. To akt oskarżenia wobec wszystkich złudzeń, które hodujesz w głowie, scrollując Pinterest o 2:00 w nocy.

Weźmy na przykład rozdział pierwszy – ten o planowaniu. Wszyscy znamy tego człowieka: otwiera arkusz kalkulacyjny i nagle czuje się jak Warren Buffett z plecakiem. „Zakładam 20 euro dziennie” – mówi. Narrator: „pierwszego dnia wydał 60 i kupił magnes w kształcie słonia”. Potem przychodzi lista rzeczy do spakowania. Piętnaście wersji, trzy poprawki, zero logiki. W efekcie wyruszasz w świat z kablem USB do urządzenia, którego nie masz, i bez kremu do słońca, który był ci potrzebny następnego dnia.

Kiedy już uda ci się wyjść z domu, trafiasz na transport. O tak, kolejny rozdział to hołd dla autobusów, które nie istnieją, kierowców-szamanów i rozkładów jazdy pisanych chyba przez poetę po kilku szklaneczkach bimbru. „Odjeżdża co godzinę” – słyszysz. Ostatni odjechał wczoraj, a następny przyjedzie, jak kierowcy urodzi się wnuk. Google Maps prowadzi cię przez pole, a aplikacja offline działa tylko wtedy, gdy masz pełne Wi-Fi i błogosławieństwo papieża.

Potem jest hostel. Rozdział, który ostrzega cię jak znak „szczególna ostrożność”, tylko że ty i tak wejdziesz. Bo ma 4,5 gwiazdki z recenzji ludzi, którzy spali trzy miesiące w namiocie obok pasącej się krowy. Materac pamięta czasy II wojny, współlokator chrapie jak traktor w agonalnej fazie życia, a łazienka to escape room zaprojektowany przez samego Szatana. Ale jest tanio? Jest. Więc będzie „przeżyjesz, albo nie”.

Głodny? Kolejny rozdział cię uratuje. Street food brzmi cudownie, dopóki nie zrozumiesz, że „locals eat here” oznacza: lokalsi mają odporność zbudowaną na bakteryjnych kataklizmach, a ty masz żołądek wrażliwy jak polityk na Twitterze. Zamawiasz kurczaka – dostajesz coś, co miało skrzydła, ale już nie ma gatunku. Durian pachnie jak śmierć, smakuje jak kłótnia z teściową, a potem i tak lądujesz w McDonald’s, udając, że tak było w planie.

Chcesz atrakcji? Masz gotowy odpowiedni rozdział. Instagram pokazuje drona, ciszę i złotą godzinę. Ty masz tłum, pot, błoto i kogoś, kto robi ci zdjęcie z palcem na obiektywie. „Must see”? Raczej „must refund”. Punkt widokowy daje ci widok na mgłę i parking, a „sekretna plaża” ma kolejkę do zdjęć jak do ZUS-u.

Dalej poznajesz ludzi, których nie zamawiałeś – i kolejny rozdział opowiada o tym aż za dobrze. Ktoś opowiada ci o czakrach, ktoś inny o tym, że „to miejsce było lepsze 10 lat temu”, a jeszcze inny zna twojego kuzyna i chce z tobą wyskoczyć na piwo o 3:00 rano. I to wszystko zanim zgubisz paszport, kartę i godność.

A jak już wszystko się rozsypie, rozwalisz cały budżet, zostaniesz okradziony przez taksówkarza-filozofa, będziesz spał na materacu pamiętającym czasy rozbiorów i zjesz coś, co powinno być w muzeum, a nie w twoim jelicie – przychodzi kolejny rozdział. Ten, który wyjaśnia, dlaczego mimo wszystko zrobisz to znowu. Bo jesteś człowiekiem. A człowiek ma pamięć selektywną jak polityk przed komisją.

Ta książka nie nauczy cię podróżować lepiej. Ona tylko sprawi, że kiedy znowu spróbujesz sam siebie oszukiwać,  będziesz robić to świadomie. Ta książka nie ma cię naprawić. Ma ci tylko towarzyszyć, kiedy znowu postanowisz uciec. A ucieczki — jak podróże — nigdy niczego nie rozwiązują. Zmieniają tylko tło.

Więc tak – „Święta Księga Podróżniczych Porażek” to nie przewodnik. To ostrzeżenie, spowiedź, kronika absurdów i lustro, w którym wyglądasz jak idiota z plecakiem. Ale kiedy skończysz czytać, zrobisz jedną z dwóch rzeczy:

a) kupisz bilet,

b) kupisz wino.

W obu przypadkach – powodzenia, bohaterze.

 


To nie jest książka, o którą ktokolwiek prosił.
To książka, której wszyscy potrzebują.


 

Kiedy premiera?

Nie prowokuj. To nie apteka.
Proces trwa. Rozdziały mnożą się szybciej niż tanie loty o 3:00 nad ranem. Niektóre już uciekły z Worda, inne mutują w plikach o nazwach typu ostateczny_v5_mega_final_poprawione_na_serio.docx.


Jeśli choć raz:

• spałeś na dworcu „bo miało być tylko na chwilę”,
• wierzysz, że “tanie linie = tanie życie”,
• lub szukałeś hostelu po ciemku, prowadząc się Google Maps jak jasnowidz pendrivem,

…to ta księga już na ciebie poluje.

 

Uwaga: pewne rzeczy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Mimo to: „Święta Księga Podróżniczych Porażek” powstaje i będzie się rozprzestrzeniać. Udawaj dalej, że cię to nie rusza.

Ale pamiętaj: ta książka i tak w końcu do ciebie trafi — e-book, nieoficjalny PDF z torrentów albo prezent od ciotki, która myślała, że to przewodnik po Toskanii.

 

 

Nazywam się Quill. Lord Alistair Quill. Kawa bez mleka. I bez sensu.
Travelogic Zero × Loony Planet

  




Podoba Ci się to, co czytasz?

Postaw kawę Postaw mi kawę. Każdy łyk to inwestycja w kontrolowany chaos, szkockie błoto i historię pełną decyzji, których rozsądny człowiek nigdy by nie podjął. A jednak — podjąłem.
Nawet lord potrzebuje kofeiny, aby utrzymać swoje królestwo w stanie lekkiego, twórczego nieporządku. A uwierz mi: chaos sam się nie finansuje. 

 

Podróżnikopedia: artykuły losowe, sens również: