Ułatwienia dostępu
Przejdź do głównej treści

5 miejsc w Europie, które wyglądają jak z bajki – a istnieją naprawdę... #4

4. Bled, Słowenia – jezioro z zamkiem i wyspą. Pocztówka. Dosłownie.

Większość przewodników turystycznych opowiada ci bajki. Pokazują uśmiechniętych ludzi na tle turkusowych jezior, piszą o „magicznej atmosferze” i „niezwykłych widokach”, jakby każda podróż była reklamą pasty do zębów. Tymczasem rzeczywistość to walka z GPS-em, niedziałające klimatyzacje i sąsiedzi z apartamentu obok, którzy o 3:00 rano postanowili urządzić sobie karaoke.

Ale… czasem zdarzają się miejsca, które naprawdę wyglądają tak dobrze, jak na zdjęciach. Tak piękne, że człowiek zaczyna podejrzewać, że to wszystko jakaś mistyfikacja — albo przynajmniej fotomontaż.

W tej części serii zapraszam cię do pięciu takich miejsc: zbyt malowniczych, by były prawdziwe. I jednak prawdziwych. Choć z pewnością mają też swoje mroczne strony — bo nawet raj potrafi mieć parking za 30 euro dziennie i lokalne jedzenie, które smakuje jak tektura z przyprawami.

Więc zapnij pasy, schowaj paszport i przygotuj się na kolejny odcinek tej podróżniczej opowieści — pełnej zachwytów, podejrzeń i lekkiej alergii na tłumy z selfie-stickami.

1. Gjirokastër, Albania – kamienne miasto, które wygląda jak siedziba krasnoludów z „Władcy Pierścieni”

1. Gjirokastër, Albania – kamienne miasto, które wygląda jak siedziba krasnoludów z „Władcy Pierścieni”

Gjirokastër nie powinna istnieć. To miasto wygląda tak, jakby jakiś reżyser fantasy zbudował sobie scenografię, po czym zapomniał ją rozebrać. Kamienne domy wspinają się po zboczach gór niczym kozy z architektonicznym zacięciem, a dachy — szare, ciężkie, nieprzyjazne — tworzą krajobraz, który mógłby konkurować z Mordorem. Tylko z lepszą kawą.

Wędrując wąskimi, brukowanymi uliczkami, masz wrażenie, że zaraz zza rogu wyjdzie Gandalf, zapyta o drogę do Rivendell, po czym poprosi o espresso. Wszystko tutaj jest z kamienia: domy, schody, nawet powietrze wydaje się mieć teksturę granitu.

Na szczycie miasta stoi zamek – bo oczywiście stoi. Każde szanujące się miasto fantasy potrzebuje zamku. A ten w Gjirokastër to nie byle jaki – z prawdziwym czołgiem, który stoi tam tak beztrosko, jakby zaparkował go ktoś, kto chciał tylko skoczyć po chleb.

Lokalni mieszkańcy są jakby wyjęci z innej epoki – mili, gościnni, ale z tym charakterystycznym bałkańskim spojrzeniem, które mówi: „U nas może i nie działa Wi-Fi, ale za to ciasto z orzechami mamy takie, że zapomnisz, jak się nazywasz.”

A wszystko to w mieście, które – mimo swego średniowiecznego klimatu – dziwnie dobrze współgra z nowoczesnością. Gjirokastër to dowód na to, że można mieszkać w kamiennym labiryncie i nie zwariować. Chociaż po tygodniu twoje kolana mogą mieć inne zdanie.

 

2. Eibsee, Niemcy – jezioro tak czyste, że wygląda na komputerowo wyrenderowane

2. Eibsee, Niemcy – jezioro tak czyste, że wygląda na komputerowo wyrenderowane

Eibsee to miejsce, gdzie natura tak bardzo przesadziła z filtrem „turkus”, że człowiek odruchowo szuka w oczach pikseli. Położone u stóp Zugspitze, najwyższej góry Niemiec, jezioro sprawia wrażenie, jakby zostało wygenerowane przez grafików z Pixara na potrzeby jakiejś bajki o ekologii.

Woda jest tutaj tak przejrzysta, że gdy spojrzysz w dół, możesz zobaczyć nie tylko dno, ale i własne sumienie. To dość krępujące, szczególnie jeśli dzień wcześniej zjadłeś currywurst w taniej budzie przy autostradzie.

Oczywiście, to Niemcy, więc wszystko działa jak w zegarku. Parking — idealny. Szlaki — oznaczone co do metra. Toalety — czystsze niż niektóre pokoje hotelowe w Londynie. Ale cała ta organizacja sprawia, że człowiek zaczyna się czuć nieco… niegodny. Bo jak można rzucać kamyki do jeziora, które wygląda jak święte naczynie matki natury?

Z drugiej strony — piękno tego miejsca sprawia, że nawet najbardziej cyniczny podróżnik zaczyna podejrzewać, że może jednak warto było jechać 9 godzin autostradą, słuchając niemieckiego radia i kłócąc się o to, czy ten zjazd był „tym właściwym”.

Eibsee nie daje ci wyboru — musisz się zachwycić. Nawet jeśli próbujesz być typem, który na wszystko narzeka. Tutaj narzekasz tylko na to, że musisz kiedyś wyjechać.

 

3. Manarola nocą, Włochy – jakby ktoś upuścił garść światełek choinkowych na skały

3. Manarola nocą, Włochy – jakby ktoś upuścił garść światełek choinkowych na skały

Cinque Terre to już prawie mem. Miejsce tak znane, tak często fotografowane, że zaczynasz wątpić, czy ono naprawdę istnieje, czy to tylko cyfrowa legenda. Ale Manarola nocą rozwiewa wszystkie wątpliwości.

Gdy zapada zmrok, kolorowe domki przyklejone do skał zapalają swoje światła i odbijają się w spokojnym morzu jak scena z bajki dla dorosłych. Jest w tym coś teatralnego, jakby całe miasteczko szykowało się do występu operowego i czekało tylko, aż publiczność zasiądzie w łodziach.

Problem w tym, że ta publiczność to głównie turyści z telefonami komórkowymi, którzy uważają, że flara od lampy błyskowej to „artystyczny efekt”. Ale nawet oni nie są w stanie zepsuć atmosfery tego miejsca.

Spacer nocą po Manaroli to jak udział w seansie terapeutycznym z architekturą. Nagle wszystko wydaje się mieć sens – kamienie, kolory, wino. Szczególnie wino.

Nie ma tu wielkich atrakcji. Nie ma parków rozrywki, muzeów czy wyprzedaży. Jest tylko spokój, ciepło i poczucie, że jesteś dokładnie tam, gdzie powinieneś być. Przynajmniej dopóki nie przyjdzie rachunek z trattorii.

 

4. Bled, Słowenia – jezioro z zamkiem i wyspą. Pocztówka. Dosłownie.

4. Bled, Słowenia – jezioro z zamkiem i wyspą. Pocztówka. Dosłownie.

Bled to miejsce, które wygląda jakby powstało wyłącznie po to, by zapełnić okładki folderów biur podróży. Wszystko tu jest „idealne”: wyspa z kościołem, zamek na skale, ścieżki rowerowe i lody, które kosztują więcej niż obiad w Albanii. Ale człowiek i tak płaci. Bo jak tu nie?

Spacer dookoła jeziora to obowiązek – nie dlatego, że ktoś cię zmusza, ale dlatego, że co chwila musisz zatrzymać się i powiedzieć „wow” w różnych językach. Włoskie „mamma mia”, niemieckie „wunderbar”, a na końcu polskie „o ja pier…” – bo ileż można się zachwycać?

Łódki, którymi można dopłynąć na wyspę, są prowadzone przez lokalnych „wioślarzy”, którzy wyglądają, jakby robili to od średniowiecza. Zresztą może i robią – ich technika wiosłowania przypomina choreografię z filmu historycznego.

Zamek? Też oczywiście jest. Bo jakby mogło go nie być. Stoi dumnie na skale, patrzy z góry na wszystko i zdaje się mówić: „Tak, to wszystko moje. Ale ty możesz zrobić zdjęcie.”

Bled to taka słowiańska Szwajcaria – tylko z lepszą duszą i mniejszą liczbą banków.

 

5. Budva – starówka, która wygląda jakby zaraz miała z niej wypłynąć łódź kapitana Jacka Sparrowa

5. Budva – starówka, która wygląda jakby zaraz miała z niej wypłynąć łódź kapitana Jacka Sparrowa

Budva to zaskakujący miks średniowiecznej scenerii i wakacyjnego szaleństwa. W dzień spacerujesz po brukowanych uliczkach w cieniu kamiennych murów, a w nocy… no cóż, w nocy dzieje się wszystko. Czasem jednocześnie.

Stare Miasto wygląda jak żywa scenografia. Gdybyś wszedł tam w stroju pirata, nikt by nawet nie mrugnął okiem. Może tylko zapytałby, gdzie kupiłeś kapelusz. Wszystko tu ma klimat: wąskie uliczki, zapach morza, szum rozmów i restauracje, które próbują przekonać cię, że makaron za 25 euro to promocja.

Z murów rozciąga się widok, który powinien być nielegalny – za ładny, zbyt idealny. W tle góry, w dole Adriatyk, a na horyzoncie zachód słońca, który wygląda, jakby ktoś wrzucił pomarańczową kulę do różowego drinka.

A potem przychodzi noc i Budva zmienia się w coś pomiędzy Dubajem a Ibizą. Głośno, tłoczno, szaleńczo. Jeśli szukasz ciszy i spokoju – spróbuj rano, zanim wszyscy się obudzą.

Mimo tej podwójnej osobowości Budva działa. Działa, bo jest autentyczna. Bo pod całą tą turystyczną warstwą wciąż czuć prawdziwe Bałkany. Z ich temperamentem, gościnnością i pewną… nieprzewidywalnością.

A to, jak wiemy, zawsze lepsze niż kolejny all-inclusive z plastikowym kubkiem i DJ-em grającym „Despacito”.


 

I tak kończy się nasza czteroczęściowa seria podróżnicza — pełna miejsc zbyt pięknych, by być prawdziwymi, i zbyt dziwnych, by je zignorować. Od albańskich dachów po niemieckie lustra wody, od włoskich świateł po bałkańskie mury – trochę się naoglądaliśmy, trochę ponarzekaliśmy, ale przede wszystkim przypomnieliśmy sobie, że świat wciąż potrafi zaskakiwać.

To był ostatni odcinek pierwszego sezonu. Ale spokojnie – drugi sezon już się powoli gotuje gdzieś w tyglu bałkańskich dróg, azjatyckich targowisk i kawiarni, gdzie kawa smakuje jak benzyna. Będzie więcej miejsc, więcej narzekania i jeszcze więcej zachwytów do których wstyd się przyznać.

A tymczasem… do zobaczenia w kolejnym sezonie. Gdziekolwiek nas poniesie — byle dalej od typowego all-inclusive.

 

 

Nazywam się Quill. Lord Alistair Quill. Kawa bez mleka. I bez sensu.
Travelogic Zero × Loony Planet

  




Podoba Ci się to, co czytasz?

Postaw kawę Postaw mi kawę. Każdy łyk to inwestycja w kontrolowany chaos, szkockie błoto i historię pełną decyzji, których rozsądny człowiek nigdy by nie podjął. A jednak — podjąłem.
Nawet lord potrzebuje kofeiny, aby utrzymać swoje królestwo w stanie lekkiego, twórczego nieporządku. A uwierz mi: chaos sam się nie finansuje. 

 

Podróżnikopedia: artykuły losowe, sens również: