Ułatwienia dostępu
Przejdź do głównej treści

Oficjalnie cudów świata jest siedem. Nieoficjalnie: Polak w hotelu znalazł ich dziesięć

Oficjalnie cudów świata jest siedem. Nieoficjalnie: Polak w hotelu znalazł ich dziesieć

Siedem cudów świata? Fajnie, fajnie – ale spróbuj to powiedzieć Polakowi w hotelu z opaską all inclusive. On właśnie odkrył dziesięć nowych, w tym aquapark na dziedzińcu i sklepik z magnesami, które rozpadną się szybciej niż jego wspomnienia.

Zapomnij o piramidach, Koloseum i Machu Picchu. Polak na wakacjach nie potrzebuje ruin sprzed tysięcy lat, żeby doznać zachwytu. Jemu wystarczy plastikowy kubek z drinkiem, ręcznik rzucony o świcie na leżak i świadomość, że bufet otwiera się punktualnie o 7:30. To jest jego prywatne Machu Picchu – tyle że z frytkami i majonezem. W końcu po co biegać po muzeach, skoro można spędzić cały dzień między barem a basenem, udając, że odkrywa się świat, choć w praktyce odkrywa się tylko nową wersję sałatki ziemniaczanej?

All inclusive to nie wakacje – to stan umysłu. To wspaniała iluzja podróżowania, w której człowiek wierzy, że poznaje obcą kulturę, mimo że jedynym kontaktem z lokalsami jest barman, który już nienawidzi go bardziej niż swoją byłą żonę. I tu właśnie rodzi się mitologia Polaka na urlopie: jego własne „10 cudów świata”. To nie są cuda natury ani arcydzieła architektury. To są cuda praktyczne – takie, które sprawiają, że Polak wraca z wakacji z historią życia i bagażem pełnym magnesów.

Bo kiedy inni podziwiają krajobrazy, Polak podziwia ofertę drinków. Kiedy świat zwiedza zabytki, on zwiedza bufet. A kiedy reszta ludzkości szuka duchowych przeżyć, Polak szuka dobrego miejsca na dmuchanego krokodyla. I tak powstaje lista dziesięciu najważniejszych cudów, które tworzą prawdziwą mapę polskiego all inclusive.

1. Bar czynny od rana do nocy

Nie ma na świecie nic bardziej wzruszającego dla polskiego turysty niż wizja baru otwartego od świtu do późnej nocy. To jest jego osobista piramida Cheopsa, tylko zamiast kamieni – butelki z rumem i syrop o smaku „Blue Lagoon”. Polak o 7:05 rano stoi już w kolejce, jeszcze w sandałach i z zaspanym okiem, bo przecież „trzeba skorzystać”. Nie ważne, że to drink bez smaku i z parasolką – ważne, że jest za darmo. A nic tak nie działa na Polaka jak słowo „za darmo”.

Oczywiście, każdy drink wymaga dokumentacji fotograficznej – nawet jeśli to dziesiąty gin z tonikiem tego dnia, to i tak trafia na Facebooka z podpisem „życie na bogato”. A biedny barman, po trzech dniach zna już wszystkie imiona: Pan Marek od piwa, Pani Grażyna od rumu z colą i ten gość z Radomia, co zawsze pyta, czy mogą zrobić mu „Polish mojito”, czyli wódkę z miętą.

Najpiękniejsze jest to, że Polak nie zna słowa „umiar”. Bar czynny całą dobę? To oznacza, że trzeba wykorzystać każdą minutę. Nieważne, że o 10:00 rano jest aqua aerobik, a o 12:00 wycieczka do miasta – Polak nie ruszy się z baru, bo przecież „już nalał”. A kiedy wieczorem wraca do pokoju, wciąż trzyma w ręku plastikowy kubek, jak relikwię, którą trzeba donieść do końca.

Efekt? Po tygodniu wakacji barman marzy o zmianie zawodu, a Polak wraca do kraju z opowieścią: „Piłem, jadłem, nie zapłaciłem ani grosza – raj!”. Tak wygląda pierwszy cud all inclusive – bez alkoholu ani rusz, a im więcej kolorowych syropów, tym lepsza legenda po powrocie.

 

2. Leżak zajęty o 6 rano ręcznikiem

To jest prawdziwy Mount Everest polskich wakacji – wyścig po leżaki. Zapomnij o Machu Picchu, Koloseum czy innych zabytkach – prawdziwy cud świata dzieje się tuż przy hotelowym basenie, o szóstej rano, kiedy normalni ludzie jeszcze śpią. Polak w tym czasie budzi się, zakłada swoje najbardziej obciachowe klapki, bierze ręcznik i rusza w misję niczym komandos z sił specjalnych.

Cel? Zająć najlepsze miejsce przy basenie – takie, gdzie słońce praży idealnie, a bar z drinkami jest w zasięgu rzutu kapciem. Strategia jest prosta: rozłożyć ręcznik, najlepiej jeszcze dorzucić gazetkę z Biedronki i klapki, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to stanowisko jest już „zarezerwowane”. A potem… wrócić spać na kolejne trzy godziny, bo przecież po co siedzieć przy basenie od świtu.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Polak nie korzysta z leżaka wcale tak długo, jak broni go ręcznik. Pojawia się dopiero około południa, spocony od bufetu i lekko zawiany od porannego piwka, żeby zrobić dwa zdjęcia na Instagrama i z powrotem wrócić do baru. Ale przez cały ten czas jego ręcznik leży dumnie niczym flaga wbita na zdobytym terytorium.

Lokalsi i inni turyści z zagranicy patrzą na to z niedowierzaniem – Niemcy milczą, Anglicy kręcą głowami, Hiszpanie się śmieją, a Polak ma poczucie, że właśnie wygrał życie. I nikt mu nie powie, że to absurd – bo w jego narracji to prawdziwy cud logistyki. „Kto rano wstaje, ten leżak ma” – oto motto, które brzmi jak napis nad wejściem do hotelowego raju.

Efekt? Basen wygląda jak pole bitwy z kolorowymi flagami, a obsługa hotelowa codziennie rano przeciera oczy, widząc, jak Polacy dokonują sztuki rezerwacji miejsc, których nie użyją jeszcze przez pół dnia.

 

3. Bufet z porcjami jak dla pułku wojska

Nie ma takiej świątyni w Egipcie, która zrobiłaby na Polaku większe wrażenie niż all inclusive bufet. To właśnie tutaj rodzi się trzeci cud świata – niekończąca się procesja ludzi z talerzami, przypominająca bardziej mobilizację do wojny niż spokojne śniadanie.

Polak przychodzi pierwszy, wychodzi ostatni, a w międzyczasie tworzy na swoim talerzu coś w rodzaju kulinarnej Wieży Babel. Trochę pizzy, trochę frytek, trzy plastry arbuza, pięć kawałków kurczaka, a do tego dwa naleśniki z nutellą, bo przecież „nie wiadomo, czy później będzie”. To nie jest jedzenie, to jest logistyka. Każdy kęs to element planu przetrwania – na wypadek, gdyby hotel nagle upadł i trzeba było wyżywić pół rodziny przez tydzień.

Najpiękniejsze jest to, że Polak wcale tego nie zjada. Połowa trafia z powrotem na talerz, a potem na śmietnik, ale to nie szkodzi – bo cud bufetu polega nie na konsumpcji, tylko na samym fakcie, że „jest za darmo”. A jak jest za darmo, to trzeba brać. W głowie włącza się pradawny instynkt: „jak nie wezmę teraz, to stracę”.

Dla kelnerów i obsługi hotelowej to prawdziwy spektakl – codziennie widzą, jak przeciętny turysta zjada porcję przeznaczoną dla małej wioski. Dla innych gości to widowisko – każdy patrzy, jak Polak niesie dwa talerze w jednej ręce, trzeci w drugiej, a jeszcze czwarty balansuje na brzuchu. To jest dopiero akrobatyka, której nie powstydziłby się Cirque du Soleil.

I co z tego, że brzuch pęka po godzinie? Ważne, że w historii polskich wakacji zapisano kolejne zwycięstwo nad systemem. „Zapłaciłem, to jem” – to motto brzmi dumniej niż jakikolwiek hymn narodowy odśpiewany przy basenie.

 

4. Animacje wieczorne jako teatr absurdu

Kiedy słońce zachodzi, a basen zamienia się w lustro odbijające resztki chloru i desperacji, Polak wie, że nadchodzi czas czwartego cudu świata: animacji hotelowych. To nie są zwykłe występy – to prawdziwy teatr absurdu, w którym publiczność ma bawić się bardziej niż artyści.

Na scenę wychodzi zespół animatorów – czwórka studentów z Bułgarii, którzy dwa tygodnie temu uczyli się, jak włączać mikrofon, a teraz próbują robić kabaret dla dwustu osób na leżakach. Repertuar? Nieśmiertelne bingo, konkurs tańca i show pod tytułem „Grease Tribute”, w którym nikt nie zna słów piosenek, ale wszyscy udają, że to nieważne.

Polak siedzi w pierwszym rzędzie, z drinkiem w ręku, i ma minę, jakby oglądał występ Teatru Narodowego. Oczywiście, kiedy przychodzi pora na „uczestnictwo publiczności”, animatorzy wyciągają go na scenę – bo przecież ten w sandałach i skarpetach zawsze daje najlepszy efekt komiczny. I nagle 45-letni Janusz z Radomia tańczy makarenę, podczas gdy jego dzieci udają, że nie mają z nim nic wspólnego.

Cała magia animacji polega na tym, że wszyscy wiedzą, jak to żenujące, ale i tak siedzą, klaszczą i śmieją się na siłę, bo przecież „wakacje są od tego, żeby się bawić”. A bawić się trzeba, nawet jeśli właśnie oglądasz pokaz talentów, w którym największym osiągnięciem jest zrobienie fali meksykańskiej z pięciu Niemców i jednego Włocha.

Najlepsze jest to, że Polak po powrocie do domu opowiada znajomym: „Był taki show, że normalnie lepsze niż w telewizji”. No jasne, lepsze – jeśli twoim ulubionym programem jest „Koło Fortuny” prowadzone przez wujka na weselu.

 

5. Aquapark na hotelowym dziedzińcu – bo zwiedzanie świata to przecież zjeżdżalnia

Dla Polaka nie istnieje większy dowód luksusu niż fakt, że jego hotel ma własny aquapark. Nieważne, że za płotem jest starożytne miasto, którego historia sięga czasów Aleksandra Wielkiego. Nieważne, że dwie ulice dalej stoi katedra, w której koronowano królów. Jeśli w hotelu jest zjeżdżalnia w kształcie węża, to właśnie tam koncentruje się cała cywilizacja.

Bo Polak wie: „Po co chodzić po ruinach, skoro mogę 28 razy dziennie zjechać na dmuchanym pontonie?”. Wtedy dopiero czujesz, że pieniądze na wakacje były dobrze wydane. Zdjęcia z plaży? Zero. Z muzeum? Nie ma. Ale selfie na zjeżdżalni – setki, i to z każdej perspektywy, jakby to była Wieża Eiffla i Machu Picchu w jednym.

Aquapark ma też swoje prawa fizyki. Po pierwsze: dzieci wrzeszczą w nim na częstotliwości, którą powinno badać NASA, bo normalne ludzkie uszy nie są w stanie jej znieść. Po drugie: dorosły Polak nigdy nie przyzna, że boi się zjechać z najwyższej zjeżdżalni. Najpierw stoi, udaje, że „czeka na żonę”, a potem, gdy już się zdecyduje, wyje na całe gardło jakby spadał do lawy, a nie do basenu o głębokości 1,2 metra.

Najlepsze jest jednak to, że Polak traktuje aquapark jak dowód na to, że „świat idzie do przodu”. Wraca do kraju i opowiada: „Słuchaj, mieliśmy taki hotel, że zjeżdżalnie były, basen ze sztuczną falą i taki grzybek, że woda leciała!”. Jakby właśnie odkrył nowy cud techniki. Nigdy nie wspomni, że obok hotelu znajdował się teatr antyczny wpisany na listę UNESCO – bo co to za atrakcja przy porządnym grzybku wodnym?

Aquapark to też miejsce, gdzie giną ostatnie resztki godności. 45-letni ojciec rodziny w slipach z logo Adidasa, który zjeżdża z prędkością światła i wypada z pontonu jak kartofel z worka, to obraz, który raz zobaczysz i nigdy nie zapomnisz. Ale dla niego to dowód na to, że „było warto”.

Bo w końcu: kto potrzebuje Koloseum, kiedy ma hotelową rurę z plastiku?

 

6. Dyskoteka do 4 nad ranem z „Jesteś szalona” w tle – globalny hymn turystyki

Nie ma znaczenia, w jakim kraju jesteś – Turcja, Egipt, Grecja czy Dominikana – jeśli w hotelu jest dyskoteka, to prędzej czy później usłyszysz nieśmiertelne „Jesteś szalona, mówię ci…”. To nie jest zwykła piosenka. To jest hymn. Narodowy. Globalny. Kosmiczny. To utwór, który przekracza granice, języki i zdrowy rozsądek.

Dla Polaka wieczorne disco to moment, w którym all inclusive osiąga swoje ostateczne przeznaczenie. Po trzecim drinku, ósmym piwie i dwunastej tequili, parkiet zamienia się w arenę gladiatorów. Facet, który jeszcze rano bał się wejść na zjeżdżalnię, teraz tańczy jak połączenie Ricky’ego Martina z traktorem Ursus.

Co ciekawe, ta dyskoteka ma własne prawa biologii. O 22:00 wszyscy jeszcze siedzą i kiwają się do rytmu. O 23:30 zaczynają pierwsze nieudolne podrygi. A po północy – Armagedon. Panie w sandałach na koturnie tańczą na stolikach, dzieci udają DJ-ów, a 50-latkowie z brzuszkiem śpiewają „szalona” tak, jakby od tego zależał pokój na świecie.

Problem w tym, że zabawa trwa nieprzerwanie do czwartej nad ranem. Nieważne, że o 7:00 rano wszyscy mają wycieczkę do Knossos. Nie ma zmiłuj – DJ gra do ostatniego turysty stojącego na nogach, a jeśli trzeba, w kółko tę samą piosenkę. Bo „Jesteś szalona” to przecież nie kawałek muzyki, tylko zaklęcie – włącza tryb balangi w każdym Polaku w promieniu 5 kilometrów.

Dla miejscowych pracowników hoteli to jest koszmar. Oni wiedzą, że jeśli usłyszą ten utwór jeszcze raz, to zaczną w nocy uciekać przez okna. Ale Polacy? Oni czują się jak w domu. Wracają do kraju i mówią: „Ale było! Tańce, hulanki, ‘Jesteś szalona’ trzy razy pod rząd! To były prawdziwe wakacje!”.

I to jest właśnie smutna prawda: możesz zabrać Polaka do Grecji, Egiptu czy Meksyku, ale nocą i tak zamieni hotel w remizę w Pcimiu Dolnym.

 

7. Sklepik z magnesami i dmuchanym krokodylem – bo prawdziwe wspomnienia muszą być plastikowe

Nie ma wakacji bez sklepu z pamiątkami. To jest punkt obowiązkowy, święte miejsce, turystyczna świątynia plastiku. Możesz nie zobaczyć żadnego zabytku, możesz przespać wszystkie wycieczki fakultatywne, ale nie ma takiej siły, żebyś nie wrócił z walizką wypchaną magnesami, koszulkami „I ♥ Egypt” i dmuchanym krokodylem wielkości TIR-a.

Magnesy na lodówkę to osobny rozdział – każdy turysta ma ich kolekcję większą niż znaczków pocztowych w Muzeum Filatelistyki. Lodówka w przeciętnym polskim domu wygląda jak mapa NATO, tyle że z dopiskami „Alanya 2016” i „Rodos 2019”. I zawsze jest ta sama wymówka: „To tylko 2 euro, pamiątka!”. Jasne, pamiątka, która po dwóch dniach odpada i ląduje w szufladzie z innymi „skarbami”.

A dmuchany krokodyl? To jest wakacyjny totem. Nie ma znaczenia, że w bagażu podręcznym zajął ci miejsce na ubrania, że o mało nie umarłeś próbując go napompować, i że na basenie 17 innych osób ma identycznego. Ty musisz go mieć. Po powrocie do Polski ten krokodyl ląduje w piwnicy, gdzie przez następne 10 lat czeka na kolejną wycieczkę, której nigdy nie będzie.

W sklepiku obowiązkowo znajdziesz też inne cuda: kapelusze z napisem „Hola!”, tandetne figurki bogów greckich, szklane kulki z wieżą Eiffla w środku (sprzedawane w Turcji, bo czemu nie), i oczywiście koszulki z wilkiem albo napisem „Boss”. Wszystko to razem sprawia, że każdy turysta wraca do domu nie z kulturą, nie z wiedzą, nie z doświadczeniem – tylko z reklamówką plastiku, który wstyd pokazać nawet psu.

Ale, hej – kto by się przejmował. Bo prawdziwe wakacyjne wspomnienia muszą być plastikowe, a najlepiej jeszcze robione w Chinach, kupione w Egipcie i zgubione w Polsce.

 

8. Konkurs picia przy basenie – kto przeżyje, ten wygrał

Jeśli hotelowe all inclusive miałoby swoje igrzyska olimpijskie, to pierwszą konkurencją – zaraz po biegu po wolny leżak o 6:00 rano – byłby konkurs picia przy basenie. To nie jest zwykła zabawa, to prawdziwy survival. Zasady są banalne: bar otwiera się o 10:00, a ty już od 9:45 ustawiasz się w kolejce, jakby rozdawali tam mieszkania komunalne. Od pierwszego łyka piwa zaczyna się maraton, w którym nie liczy się smak, styl ani jakość – liczy się tylko jedno: żeby wypić szybciej i więcej niż reszta stada w sandałach.

Barmańskie menu? Absolutnie nie ma znaczenia. Piwo, wino, kolorowe drinki z parasolką, a nawet podejrzanie zielony koktajl, który wygląda jak płyn do szyb – wszystko wchodzi do gry. Po pierwszych rundach stolik zamienia się w wystawę szkła użytkowego, przypominającą muzeum PRL-u, a ty zaczynasz nabierać przekonania, że jesteś nieśmiertelny. Oczywiście do momentu, kiedy próbujesz wstać, a twoje nogi mają inne zdanie na temat grawitacji.

Publiczność? Cały hotel. Starsze małżeństwa popijające cappuccino patrzą z lekkim politowaniem, dzieci nagrywają filmiki, które trafią do sieci pod hasłem „Polak walczący o złoto”, a obsługa hotelowa już zastanawia się, ile kosztuje wezwanie karetki w pakiecie all inclusive.

Kulminacja przychodzi wczesnym popołudniem, kiedy zawodnicy osiągają stan „żywego trupa w klapkach Kubota”. Jeden śpiewa „Jesteś szalona” do palmowej donicy, drugi próbuje wejść do basenu w pełnym ubraniu, a trzeci dyskutuje z leżakiem o sensie życia. W tym momencie nie chodzi już o wygraną – to walka o przetrwanie.

I to jest właśnie piękne: nikt nigdy nie wygrywa. Bo nawet jeśli uda ci się pobić rekord w liczbie margarit, i tak skończysz z twarzą w talerzu sałatki greckiej, a następnego dnia obudzisz się z uczuciem, że twoja głowa była miejscem koncertu rockowego. Najlepszym medalem, jaki możesz dostać, jest to, że w nocy nie musieli cię wyławiać z fontanny przy recepcji.

 

9. Karaoke – tortura kulturowa

Kiedyś karaoke było sympatycznym azjatyckim wynalazkiem, w którym chodziło o to, by pośmiać się z siebie i zaśpiewać coś przy piwie. Ale gdy dotarło do hotelu all inclusive – zamieniło się w broń masowego rażenia.

Bo nic nie brzmi gorzej niż „Mydełko Fa” albo „Jesteś szalona” śpiewane przez spoconego wczasowicza, który ledwo trzyma się mikrofonu. I o dziwo, zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że śpiewa lepiej niż oryginał – a w rzeczywistości brzmi jak blender mielący śrubki.

Najgorsze jest to, że publiczność nie może uciec – jesteś uwięziony na tarasie hotelowym, a animator krzyczy: „Jeszcze jedna piosenka!”. A potem kolejna. I kolejna. Po godzinie masz wrażenie, że uczestniczysz w eksperymentalnym projekcie CIA, w którym zamiast waterboardingu używa się polskich hitów disco polo. Lokalsi patrzą i zastanawiają się, co poszło nie tak, że naród Chopina potrafi wykrzesać z siebie tylko „Ona tańczy dla mnie” w wersji, która powoduje migrację delfinów do innego oceanu.

Karaoke w all inclusive to nie rozrywka – to test wytrzymałości psychicznej. I niestety, nie ma zwycięzców. Są tylko ofiary.

 

10. Wycieczka fakultatywna – „autokarem przez piekło”

Nie ma nic bardziej romantycznego niż wstanie o 5:30 rano na urlopie, żeby wpakować się do autokaru pełnego półżywych turystów, którzy wciąż pachną wczorajszym rumem z baru „no limit”. Zamiast plaży, słońca i zimnego piwa czeka cię 14 godzin spędzonych na siedzeniu z tapicerką pamiętającą lata 90., w towarzystwie klimatyzacji, która działa w trybie „arktyczna zamieć” albo „piekarnik”. Animator wycieczki zaczyna swój show, opowiadając o historii danego kraju, ale w praktyce słyszysz tylko „blablabla... za dodatkowe 20 euro zjecie obiad w zaprzyjaźnionej restauracji”. I oczywiście – zatrzymujecie się w co najmniej pięciu sklepach „z lokalnym rzemiosłem”, czyli fabryce magnesów i szklanek z nadrukiem.

Po drodze zawsze znajdzie się ktoś, kto zaczyna śpiewać albo opowiadać dowcipy, a ty masz ochotę wysiąść przy pierwszym rondzie i wrócić pieszo. Za tobą dzieci kopiące w twój fotel, przed tobą ktoś rozłożył siedzenie tak, że twoje kolana poznają anatomię w zupełnie nowym wymiarze, a gdzieś obok zawsze jest pasażer, który uważa, że to idealny moment, żeby rozwinąć kanapki z jajkiem i ogórkiem kiszonym. Na koniec, po całym dniu, dowiezieni jesteście wreszcie do tej „największej atrakcji regionu” – ruin, które wyglądają jak trochę bardziej zniszczony blok z twojego osiedla. I w tym momencie każdy myśli tylko o jednym: że w tym czasie mógł siedzieć przy basenie, pić piwo i oglądać, jak inni spalają się na raka.

Ale najlepsze jest to, że ten koszmar wcale się nie kończy – bo powrót trwa jeszcze dłużej. Kierowca zatrzymuje się w przydrożnych knajpach, które serwują kawę o smaku rozpuszczalnej goryczy i kanapki wyglądające jak resztki z dworca kolejowego. Animator próbuje podtrzymać atmosferę, opowiadając żarty o teściowych, a ty z każdą minutą żałujesz, że nie zostałeś w hotelowym lobby z drinkiem z palemką. Wycieczka fakultatywna to nie przygoda, to kara – rodzaj turystycznego czyśćca, który musisz przejść, żeby w albumie rodzinnym pojawiło się jedno rozmazane zdjęcie ruin. A autokar? To wehikuł cierpienia, który zawsze wiezie cię w stronę miejsc, o których będziesz mówił: „No, fajnie było zobaczyć... ale nigdy więcej”.

 

Podsumowanie

I tak właśnie wygląda katalog cudów świata według Polaka na wakacjach all inclusive. Nie piramidy, nie Koloseum, nie Wielki Mur Chiński. Prawdziwe cuda stoją gdzieś między basenem w kształcie fasoli a automatem z darmowym rumem. To są miejsca, w których archeolodzy przyszłości będą się zastanawiać: „Co to za cywilizacja, która uważała dmuchanego krokodyla za symbol luksusu?”.

Bo bądźmy szczerzy – Polak na all inclusive nie jedzie odkrywać świata. On jedzie sprawdzić, czy bar działa całą dobę i czy da się zjeść 12 porcji frytek, zanim kelner zabierze tacę. Zamiast wspomnień z podróży zostają mu magnesy, nadpalona skóra i ból głowy po karaoke, gdzie wykrzyczał „Mydełko Fa” w tonacji, której nie wymyśliłby nawet Beethoven po butelce bimbru.

I tu jest paradoks: przez tydzień wakacji w hotelu all inclusive Polak ma wrażenie, że podbił świat. A prawda jest taka, że nie opuścił terenu ogrodzonego palmami z plastiku. Ale czy to ma znaczenie? Absolutnie nie. Bo kiedy wraca do domu, w opowieściach do znajomych jego hotelowy aquapark brzmi jak Niagara, jego drinki jak najlepsze wina świata, a jego wycieczka autokarowa – jak wyprawa przez Himalaje.

I w tym właśnie tkwi magia polskiego all inclusive: to nie są wakacje. To spektakl, teatr absurdu, festiwal frytek i muzyki disco polo. Prawdziwy ósmy cud świata.

 

Nazywam się Quill. Lord Alistair Quill. Kawa bez mleka. I bez sensu.
Travelogic Zero × Loony Planet

  




Podoba Ci się to, co czytasz?

Postaw kawę Postaw mi kawę. Każdy łyk to inwestycja w kontrolowany chaos, szkockie błoto i historię pełną decyzji, których rozsądny człowiek nigdy by nie podjął. A jednak — podjąłem.
Nawet lord potrzebuje kofeiny, aby utrzymać swoje królestwo w stanie lekkiego, twórczego nieporządku. A uwierz mi: chaos sam się nie finansuje. 

 

Podróżnikopedia: artykuły losowe, sens również: