Ułatwienia dostępu
Przejdź do głównej treści

Loony Planet: Hostel – backpacking w teorii, survival w praktyce

Loony Planet: Hostel – backpacking w teorii, survival w praktyce

Hostel na Instagramie to kwintesencja backpackerskiego życia. Młodzi ludzie z plecakami, światłe rozmowy przy winie, gitary przy ognisku, nowe przyjaźnie na całe życie. Wszystko oprawione w ciepłe kolory vintage, z napisem "find yourself" na ścianie i motywującymi cytatami o podróżowaniu jako jedynym sposobie na poznanie siebie.

Teraz wyłącz filtr Valencia i przyjrzyj się bliżej.

Hostel to nie backpackerskie klimaty. To eksperyment socjalny w stylu "Big Brother", tylko że zamiast nagrody pieniężnej dostajesz pleśń na ręczniku i traumę akustyczną. To miejsce, gdzie "międzynarodowa atmosfera" znaczy mniej więcej tyle, że słyszysz chrapanie w siedmiu językach jednocześnie. Gdzie "poznasz ludzi z całego świata" to eufemizm na "dowiesz się, że Ryan z Kanady nie myje nóg od tygodnia".

Wspólna kuchnia? Tak, wspólna – w sensie: wszystko jest wspólne, włącznie z bakteriami na blacie. Łazienka? Jedna na 20 osób, a kolejka jest jak do toalety na festiwalu. Łóżko piętrowe? Owszem, romantyczne – pod warunkiem, że Twoją definicją romansu jest słuchanie, jak nieznajomy nad Tobą rozmawia przez FaceTime z dziewczyną o trzeciej w nocy.

Ale hej, płacisz 12 euro za noc, więc czego się spodziewałeś – Hiltona?

Prawda jest taka: hostel to świetny pomysł w teorii. W praktyce to przetrwanie. I jeśli po tygodniu wyjdziesz stamtąd żywy, z bagażem i resztkami godności – gratuluję. Właśnie zaliczyłeś tryb hardcore turystyki.


Dormitorium: 8 łóżek, 47 dźwięków chrapania

Na zdjęciach dormitorium wygląda przytulnie. Białe prześcieradła, drewniane łóżka, lampka do czytania, mała szafka. Wygląda jak IKEA na backpackerską kieszeń. W opisie czytasz: "8-osobowy pokój wieloosobowy – świetny sposób na poznanie nowych ludzi!". Brzmi nieźle, prawda?

Pierwsze co zauważasz po wejściu: zapach. To nie jest zapach "świeżo wypranej pościeli". To fuzja potu, tanich perfum, stóp i czegoś nieokreślonego, co wisi w powietrzu jak nieproszona obecność. Otwierasz okno – zamyka je ktoś inny, bo "mu wieje". Zamykasz okno – ktoś znowu je otwiera. To nie pokój, to dyplomacja ONZ w wersji na pryszczatych dwudziestolatków.

Łóżko piętrowe to osobna historia. Jeśli trafiłeś na górę – gratuluję, masz przynajmniej iluzję prywatności. Jeśli na dół – witaj w klaustrofobii. Materac nad tobą wygina się z każdym ruchem współlokatora. Przewraca się? Widzisz. Drapie się? Widzisz. Robi coś, czego wolałbyś nie widzieć? No cóż, teraz już widziałeś.

A potem przychodzi noc.

To nie jest cisza. To orkiestra chrapania w wykonaniu ośmiu solistów, z których każdy ma inny styl. Jeden chrapie rytmicznie jak metronom. Drugi – chaotycznie, jakby próbował odkaszlnąć płuco. Trzeci w ogóle nie chrapie, tylko sapie przez nos z dźwiękiem dmuchawy do liści. Czwarty budzi się co godzinę i idzie do łazienki, grzebiąc po drodze w plastikowej torbie tak głośno, jakby rozpakowywał czołg.
Ty leżysz i myślisz: "to tylko jedna noc". Ale to nie jest jedna noc. To sześć nocy. I za każdym razem ktoś nowy dołącza do składu. Nowy chrapacz, nowy dźwięk, nowa trauma.

Rano budzisz się przed budzikiem – nie dlatego, że jesteś wypoczęty, tylko dlatego, że ktoś zapomniał wyłączyć alarm i śpi dalej, podczas gdy cały pokój słucha "Despacito" w wersji MIDI przez 10 minut.

Witaj w dormitorium. Gdzie prywatność umiera, a sen staje się luksusem.

Wspólna kuchnia: battle royale o ostatnią patelnię

Wspólna kuchnia brzmi jak świetny pomysł. W końcu możesz gotować, oszczędzać na jedzeniu, poznać ludzi przy wspólnym obieraniu ziemniaków. Na zdjęciach wygląda jak coworking space dla kucharzy-amatorów: czysto, jasno, nowoczesne meble.

Prawdziwa wspólna kuchnia wygląda jak pole bitwy po apokalipsie kulinarnej.


Wchodzisz rano i od razu wiesz, że coś poszło bardzo nie tak. Zlew pełen brudnych naczyń – nie twoich, oczywiście. Blat oblepiony czymś, co kiedyś było sosem pomidorowym, a teraz jest już cywilizacją. Lodówka? Pełna, ale nie wiadomo czyja jest ta kanapka z serem, który zmienił kolor na zielono-niebieski. Nikt się nie przyzna, nikt tego nie wyrzuci. To jak eksponat muzealny, tylko że śmierdzący.

Próbujesz znaleźć wolną patelnię. Jedna jest zajęta – ktoś smaży jajka. Druga leży w zlewie, ale wygląda jak artefakt archeologiczny. Trzecia… cóż, trzeciej nie ma, bo ktoś zabrał ją do pokoju i nie zwrócił. W końcu znajdujesz coś, co przypomina patelnię, myjesz ją przez pięć minut i zaczynasz gotować.

Wtedy zjawia się On.

Facet, który gotuje makaron. Zawsze. Niezależnie od pory dnia, niezależnie od tego, czy jest głodny, czy nie – ten człowiek gotuje makaron. Zajmuje jeden z dwóch palników gazowych przez pół godziny, bo zapomniał posolić wodę, więc musi zacząć od nowa. Stoisz obok, trzymając jajka i cebulę, myśląc: "zaraz się zwolni". Ale nie. Makaron gotuje się wiecznie.

A potem jest Dziewczyna z Quinoa. Ta, która przywozi ze sobą 47 przypraw, wyciska cytrynę ręcznie, kroi warzywa jak w MasterChefie i robi sałatkę przez godzinę. Zajmuje cały blat, cały stół i pół lodówki. Uśmiecha się do Ciebie i mówi: "Healthy eating is a lifestyle". Ty odpowiadasz uśmiechem, ale w środku planujesz spisek.

I wreszcie – Gość, Który Nie Sprząta. Zostawia brudne naczynia, łupiny cebuli na blacie, resztki jedzenia na kuchence. Znika jak duch, nie zostawia śladów – tylko bałagan. To ninja kuchni, tylko że zamiast cichego zabójcy masz leniwego studenta z Holandii, który myśli, że "wspólna kuchnia" to to samo co "ktoś inny posprząta".

Po trzech dniach rezygnujesz z gotowania. Kupujesz kebaba za rogiem. Tańszy, szybszy i – co najważniejsze – nie musisz walczyć o patelnię.

„Międzynarodowa atmosfera”: czyli Chad z Australii znalazł siebie w Tajlandii

Hostele kochają sprzedawać "międzynarodową atmosferę". Poznasz ludzi z całego świata! Wymienisz się doświadczeniami! Może nawet znajdziesz przyjaciół na całe życie!

W praktyce "międzynarodowa atmosfera" to eufemizm na: "będziesz słuchać tych samych historii od pięciu różnych Chadów".

Bo jest zawsze ten jeden gość. Australijczyk, Kanadyjczyk, Amerykanin – narodowość się zmienia, ale archetyp pozostaje ten sam. Siedzi w świetlicy z piwem w ręce, w koszulce bez rękawów i opowiada, jak "znalazł siebie" w Azji. Najczęściej w Tajlandii. Czasem w Wietnamie. Zawsze po miesiącu pracy na plantacji albo w barze na plaży.

"Bracie, to zmieniło moje życie" – mówi, patrząc w dal jak mistyk, który właśnie osiągnął oświecenie. "Pracowałem za jedzenie i dach nad głową. Zero stresu. Zero materializmu. Tylko Ty, ocean i natura".

Ty kiwasz głową i myślisz: "Ten gość pracował za miskę ryżu i nazywa to wolnością".

Ale Chad nie kończy. Teraz przychodzi czas na filozofię backpackerską. "Ludzie w Europie nie rozumieją, co to szczęście. Gonią za pieniędzmi, karierą… a prawdziwe życie jest tutaj, wiesz? W podróży. W byciu otwartym".

Otwartym na co? Na biegunkę? Na spanie w pokoju z siedmioma nieznajomymi? Na pranie skarpetek w zlewie?

Nie mów tego głośno. Bo Chad zaraz wyciągnie gitarę.

A wtedy jest już za późno.

Zaczyna grać "Wonderwall". Zawsze "Wonderwall". Bo każdy backpacker na świecie myśli, że to właśnie ta piosenka zmieni atmosferę z niezręcznej na magiczną. Nie zmieni. Tylko doda drugą warstwę cringe'u do całej sytuacji.

Obok Chada pojawia się Dziewczyna Z Dredami. Ta, która miesiąc temu rzuciła pracę w banku inwestycyjnym, kupiła bilet w jedną stronę do Nepalu i teraz ubiera się jak lokalna szamanka. Mówi o "energii miejsc", nosi bransoletki z nitek i pije ajurwedyjską herbatę, która kosztuje 8 euro za torebkę.

I ta cała atmosfera międzynarodowa. To nie wymiana kultur - to konkurs na to, kto bardziej "znalazł siebie" i kto dłużej podróżuje bez prysznica.

Po tygodniu w hostelu wiesz jedno: wolisz siedzieć w pokoju i udawać, że śpisz, niż jeszcze raz słuchać o illuminacji duchowej w Goa.

Łazienka: jedna na 20 osób, gorąca woda to mit

Hostelowa łazienka to test charakteru. Jeśli przeżyjesz prysznic o 7 rano, przeżyjesz wszystko.

Zacznijmy od podstaw: jedna łazienka na 20 osób. W teorii każdy bierze krótki prysznic – 10 minut, max. W praktyce zawsze jest Ten Jeden, który bierze kąpiel jakby był w spa. Siedzi tam 40 minut, podczas gdy na zewnątrz kolejka jak do Zawiszy w czasach PRL-u.

Ty stoisz w pidżamie, z ręcznikiem na ramieniu i kosmetyczką w ręku. Obok Ciebie trzy osoby w takim samym stanie. Nikt się nie odzywa. Wszyscy tylko patrzą na drzwi łazienki i modlą się w myślach: "wyjdź stamtąd, człowieku, inni też muszą żyć".

Wreszcie drzwi się otwierają. Wychodzi ktoś w oparach, mokry, zadowolony – i dopiero wtedy orientuje się, że za drzwiami stoi kolejka jak na casting do reality show. Przeprasza, ale niespecjalnie mu przykro. Był pierwszy, miał prawo.

Teraz Twoja kolej.

Wchodzisz i od razu tego żałujesz. Podłoga mokra – nie wiadomo, czy to woda czy coś innego. Nie chcesz wiedzieć. Ściany pokryte kroplami, lustro zaparowane, z sufitu kapie woda. Czujesz się jak w deszczowym lesie tropikalnym, tylko że zamiast egzotyki masz pleśń.

Odkręcasz prysznic. Leci zimna woda. OK, trzeba poczekać. Czekasz. Nadal zimna. Jeszcze chwila. Zimna. W końcu dociera do Ciebie prawda: gorąca woda skończyła się trzy osoby temu. Możesz czekać, ile chcesz – nic się nie zmieni. Masz dwie opcje: brać zimny prysznic albo wrócić do pokoju śmierdzący.

Bierzesz prysznic. Krótki. Bardzo krótki. Pod koniec odkręcasz wodę mocniej i nagle – cudem – robi się ciepła. Prawie gorąca. Jesteś szczęśliwy przez dokładnie 10 sekund, bo zaraz wraca do lodowatej.

Wychodzisz, wycierasz się ręcznikiem (który za chwilę będzie mokry, bo nie ma gdzie go wysuszyć) i idziesz do pokoju. Tam czeka już kolejna niespodzianka: ktoś użył Twojego szamponu. Nie zapytał. Po prostu sobie go wziął.

To jest hostelowa rzeczywistość. Wspólna łazienka znaczy wspólna w każdym sensie – łącznie z Twoimi kosmetykami.

Zamki na szafkach: twoja jedyna ochrona przed kleptomanem z łóżka nr 3

Hostel to miejsce pełne zaufania. Teoretycznie. W praktyce pierwsza zasada backpackingu brzmi: Nie ufaj nikomu. Zamykaj wszystko.

Przy zameldowaniu dostałeś małą szafkę. Nie, nie garderobę – szafkę wielkości pudełka po butach. Zmieścisz tam plecak, jeśli go wyciśniesz jak tubkę pasty. Laptop też – ale tylko wtedy, gdy wyciągniesz wszystko inne. Dokumenty, pieniądze, telefon, powerbank, ładowarka – wszystko to musi zmieścić się w tym małym sześcianie.

I na to wszystko dostajesz kłódkę. Czasem swoją, czasem hostelową za kaucją. To Twoja jedyna ochrona przed tym, że obudzisz się rano i odkryjesz, że Twój iPad leżał sobie spokojnie na łóżku, a teraz… nie leży.

Bo złodzieje w hostelach to nie zawodowcy. To nie Ocean's Eleven. To raczej "Kevin, 22 lata, skończył mu się hajs na podróż, więc pożycza cudzą ładowarkę i zapomina oddać". Albo "Emma z Francji spakowała laptopa, myśląc, że to jej, bo też miała srebrnego MacBooka".

Tylko że Ty nie masz srebrnego MacBooka. Miałeś. Do wczoraj.

Dlatego wszystko, co jest ważne, ląduje w szafce. Problem? Szafka jest za mała. Więc robisz rotację. Dzisiaj laptop w szafce, jutro aparat, pojutrze buty, bo ktoś stwierdził, że Twoje Nike są fajne i "pożyczy na chwilę".

Są oczywiście tacy, którzy zostawiają wszystko na łóżku. Telefon, portfel, klucze – leżą sobie jak w domu. I albo to są idioci, albo ninja zen, którzy osiągnęli taki poziom backpackerskiej nirwany, że już się nie przejmują stratami materialnymi.

Ale Ty? Ty nie jesteś zen. Ty każdego wieczoru sprawdzasz kłódkę dwa razy. Bo wiesz, że to nie paranoja – to doświadczenie.

Świetlica: networking czy samotnia?

Świetlica to serce hostelu. Tak przynajmniej mówią właściciele. To miejsce, gdzie poznasz ludzi, wymienisz się historiami, może zagrasz w gry planszowe albo obejrzysz film na projektorze.

W praktyce świetlica dzieli ludzi na dwie grupy:

Grupa 1: Ekstrawertycy-misjonarze

To ci, którzy przyszli do hostelu po to, żeby poznać WSZYSTKICH. Siadają przy stoliku, wyciągają karty do UNO i pytają każdego, kto przejdzie obok: "Hey, wanna join?" Nawet jeśli widzą, że masz słuchawki i spoglądasz w telefon jak w ocalenie.

Najczęściej to Niemcy. Albo Holendrzy. Zawsze jacyś Skandynawowie, którzy wyglądają na 19 lat, ale mają budżet na trzy miesiące podróży i zero zahamowań społecznych. Są mili. Bardzo mili. I to właśnie jest problem – nie możesz ich zignorować, bo za bardzo się starają.

Grupa 2: Samotni survivalowcy

To Ty. Siadasz w kącie, otwierasz laptopa i udajesz, że robisz coś ważnego. Naprawdę scrollujesz Instagrama i czekasz, aż ktoś przestanie na Ciebie patrzeć. Jesteś zmęczony. Nie chcesz poznawać ludzi. Chcesz tylko 20 minut spokoju i działającego Wi-Fi.

Ale Wi-Fi nie działa. Albo działa – dla pierwszych pięciu osób, które się połączyły. Ty jesteś szósty, więc masz connection timed out.
Wtedy pojawia się dylemat: zostać czy iść do pokoju? W pokoju czeka cię chrapanie i smród stóp. W świetlicy – Chad z gitarą i grupa Hiszpanów, która gra w coś głośno i co chwilę krzyczy "¡Hostia!" tak, jakby właśnie wygrali Eurojackpot.

Więc siedzisz. I patrzysz. I myślisz: "to jest networking, o którym mówili? Siedzenie w milczeniu, podczas gdy ktoś obok tłumaczy, jak działa bitcoin?"

Tak. Dokładnie o to chodziło.

Recepcja: zawsze zamknięta, gdy czegoś potrzebujesz

Recepcja w hostelu ma zupełnie inny system działania niż w hotelu. W hotelu recepcja jest 24/7, a personel traktuje Cię jak klienta. W hostelu recepcja jest… teoretycznie.

W praktyce? Kartka na drzwiach: "Back in 15 minutes". To zawsze 15 minut. Niezależnie od tego, czy minęło 5 czy 50. "Back in 15 minutes" to nie jest czas – to stan umysłu.


Potrzebujesz pomocy o 14:00? Recepcja zamknięta – obiad. O 17:00? Zamknięta – przerwa. O 20:00? Nie wiadomo gdzie, ale kartka wisi daklj. O 23:00 nagle się pojawia recepcjonista, ale obsługuje właśnie kogoś przez Skype'a po portugalsku i nie możesz jej przerywać.

Najlepsze jest to, że pracownik recepcji ma 22 lata, jest wolontariuszem i właśnie "odbywa staż backpackerski". Czyli pracuje za darmowy nocleg i śniadanie. I nie ma pojęcia, jak działa system rezerwacji, gdzie jest klucz do pralki ani dlaczego bojler nie działa. Ale uśmiecha się i mówi: "I'll check with the manager". Manager nie odbiera.

A jak już w końcu złapiesz kogoś przy recepcji, masz 30 sekund na zadanie pytania, bo za chwilę przychodzi następna osoba z następnym problemem. Kolejka jak w urzędzie skarbowym. I atmosfera podobna.

Chcesz przedłużyć nocleg? Musisz zapytać rano. Ale rano recepcja jest zamknięta. Więc pytasz wieczorem. Ale wieczorem recepcja nie wie, czy jutro będzie wolne miejsce. "Check tomorrow morning". Koło się zamyka.

W końcu rezygnujesz. Rezerwujesz przez Booking.com. Tam przynajmniej odpisują.

Check-out o 10:00: ale sprzątaczka puka już o 9:45

Zasady hostelu są jasne: check-out o 10:00. Czyli teoretycznie możesz spać spokojnie do 9:30, spokojnie się spakować, umyć zęby i wyjść jak człowiek.

Teoretycznie.

W praktyce o 9:00 zaczyna się operacja "Wypieprzamy Wszystkich". Światła włączają się automatycznie. Nawet jeśli zaginął gdzieś włącznik, ktoś go znajdzie specjalnie na tę okazję. Sprzątaczka pojawia się w drzwiach – jeszcze nie wchodzi, ale stoi i patrzy. Patrzy w taki sposób, jakby mówiła: "Wiem, że jeszcze śpicie. Ale za chwilę już nie będziecie".

O 9:30 zaczyna sprzątać korytarz. Odkurzacz włączony na maksa, żeby było go słychać w całym budynku. To nie przypadek. To strategia.

O 9:45 puka do drzwi. Delikatnie, ale wystarczająco głośno, żeby obudzić cały pokój. "Checkout 10 o'clock" – mówi przez szparę w drzwiach, jakby przypominała o czymś, o czym mógłbyś zapomnieć.

Ty leżysz, patrzysz na zegarek i myślisz: "serio? Zostało jeszcze 15 minut". Ale ona wie swoje. Wie, że jeśli da Ci te 15 minut, to będziesz pakował się w panice do 10:15 i ona nie zacznie sprzątania na czas. A ona ma harmonogram. Dziesięć pokoi do posprzątania, zero czasu na sentyment.

Więc wstajesz. Pół przytomny, w pidżamie, pakujesz plecak tak szybko, jakbyś uciekał przed pożarem. Pół rzeczy zostaje pod łóżkiem, ale nie masz czasu ich szukać. Bierzesz to, co widzisz, i gnasz do wyjścia.

Sprzątaczka patrzy z satysfakcją. Plan wykonany.

„Poznasz ludzi z całego świata”: tak, i będziesz żałować

To jest główny argument za spaniem w hostelu. Nie chodzi o cenę – chodzi o ludzi. "Poznasz backpackerów z całego świata! To niesamowite doświadczenie!"

I faktycznie – poznasz.

Poznasz Daniela z Niemiec, który non-stop gada o tym, jak w Niemczech wszystko działa lepiej. Poznasz Jessicę z Kalifornii, która od trzech miesięcy "szuka siebie" w Azji i ma Instagram z 40 tysiącami obserwujących. Poznasz Oliviera z Francji, który pali przy wejściu i robi to w taki sposób, jakby był głównym bohaterem filmu noir.

I poznasz Briana. Brian zawsze jest. Niezależnie od kraju, hostelu czy kontynentu – Brian jest. Ma 28 lat, podróżuje od roku, zarobił na to "kryptowalutami" (nie pytaj jak, bo nie wie) i teraz "żyje chwilą". Chwila ta polega na piciu piwa od 11 rano i opowiadaniu wszystkim, jak to system jest zepsuty, a prawdziwa wolność to życie w drodze.

Brian nigdy nie sprząta w kuchni. Brian zostawia mokry ręcznik na twoim łóżku. Brian wraca o czwartej nad ranem i próbuje po cichu wejść do pokoju, ale przewraca krzesło, włącza latarkę w telefonie i budzi pół dormitorium.

Ale Brian ma dobre intencje. Bo wszyscy w hostelu mają dobre intencje.

Problem w tym, że po tygodniu dobrych intencji masz dość. Chcesz być sam. Chcesz pokój, w którym nikt ci nie opowiada o swoim przebudzeniu duchowym w Peru. Chcesz łazienki, która nie wymaga kolejki. Chcesz ciszy.

I nagle to rozumiesz: wolisz zapłacić 30 euro więcej za pokój jednoosobowy niż kolejną noc słuchać, jak Chad tłumaczy, dlaczego weganizm uratuje planetę, podczas gdy żuje plastikowy makaron z plastikowego pudełka.

Puenta

Hostel to jak związek, który zaczynasz dla oszczędności, a kończysz, bo jesteś już na granicy wytrzymałości psychicznej.

Na początku wszystko brzmi idealnie: tanie noclegi, ludzie z całego świata, przygoda, wolność. Potem odkrywasz, że ta przygoda pachnie stopami, wolność kończy się o 10 rano przy wymeldowaniu, a ludzie z całego świata chcą ci opowiedzieć o swoim życiu, kiedy jedyne, czego pragniesz, to 20 minut ciszy.

Bo hostel to nie jest wygoda. To przetrwanie.

Przetrwanie chrapania w ośmiu językach. Przetrwanie kolejki do łazienki, w której woda jest zimna, a podłoga mokra. Przetrwanie rozmów o "znalezieniu siebie" z ludźmi, którzy zgubili się dwa lata temu i nadal siebie szukają – tylko teraz robią to na Instagramie z hashtagiem #wanderlust.

I absurd polega na tym, że ludzie to kochają. Wracają. Rezerwują kolejne noclegi w hostelach, jakby poprzednie były nieporozumieniem.

Wrzucają zdjęcia uśmiechniętych twarzy przy śniadaniu, choć w rzeczywistości toczyła się tam cicha wojna o ostatni kromkę chleba.

Bo hostel daje coś, czego nie da hotel: poczucie, że jesteś częścią czegoś większego. Plemienia. Wspólnoty. Ludzi, którzy – tak jak ty – postanowili zapłacić 12 euro za noc, żeby odkryć, że można spać wszędzie, pod warunkiem że jest się wystarczająco zmęczonym.

A jeśli mimo wszystko uważasz, że hostel to najlepszy sposób na podróżowanie – szanuję. Naprawdę. Może po prostu masz większą tolerancję na chaos niż ja.

Albo po prostu jeszcze nie spotkałeś Briana.

 

Nazywam się Quill. Lord Alistair Quill. Kawa bez mleka. I bez sensu.
Travelogic Zero × Loony Planet

  




Podoba Ci się to, co czytasz?

Postaw kawę Postaw mi kawę. Każdy łyk to inwestycja w kontrolowany chaos, szkockie błoto i historię pełną decyzji, których rozsądny człowiek nigdy by nie podjął. A jednak — podjąłem.
Nawet lord potrzebuje kofeiny, aby utrzymać swoje królestwo w stanie lekkiego, twórczego nieporządku. A uwierz mi: chaos sam się nie finansuje. 

 

Podróżnikopedia: artykuły losowe, sens również: