Ułatwienia dostępu
Przejdź do głównej treści

12 sposobów na zostanie najbardziej znienawidzonym turystą... w pięć minut

12 sposobów na zostanie najbardziej znienawidzonym turystą... w pięć minut

Na papierze brzmisz jak odkrywca: kupiłeś bilety, spakowałeś plecak, a w głowie masz wizję przygody. Ale kiedy twoja noga dotknie bruku w Rzymie, Barcelonie czy Budapeszcie – w oczach miejscowych nie jesteś Marco Polo, tylko chodzącym kataklizmem w klapkach. Zanim zdążysz powiedzieć „gdzie tu jest Biedronka?”, już zdobędziesz reputację gościa, który zostawi po sobie większy bajzel niż huragan. I tu tkwi piękno sprawy: nie trzeba się specjalnie starać, żeby być znienawidzonym turystą. Wystarczy po prostu zachowywać się „normalnie” – po swojemu.


1. Skarpety + sandały = uniform narodowy

Nie ma na świecie drugiego tak jednoznacznego symbolu turystycznego faux pas, jak skarpety wciśnięte w sandały. To nie jest moda, to jest manifest – krzyk rozpaczy garderoby, coś na kształt transparentu: „Nie obchodzi mnie, jak wyglądam, mam to w nosie i idę zwiedzać”. Taki zestaw ma w sobie coś tak absurdalnie komicznego, że gdyby ktoś chciał stworzyć strój narodowy turysty z Europy Wschodniej, to na pewno byłby to biały frotte połączony z brązowym sandałem pamiętającym jeszcze komunę.

Co ciekawe, ci sami ludzie, którzy w pracy noszą garnitur, a idąc na wesele potrafią wydać pół pensji na buty, w chwili wejścia w tryb „wakacje” porzucają wszelkie standardy cywilizacji. Bo przecież plaża to nie wybieg mody, a sandał – jak wiemy – oddycha. Jasne, oddycha, ale razem z twoją dumą i reputacją, które ulatują szybciej niż powietrze z dziurawego materaca. Skarpeta w takim duecie pełni rolę ochronną – przed czym, zapytacie? Przed piaskiem? Przed komarami? Nie. Przed rozsądkiem. To jest jak założenie kasku na randkę – niby praktyczne, ale wyglądasz jak skończony idiota.

Najgorsze jest to, że ten zestaw widać z odległości kilometra i działa jak flara sygnalizacyjna: „Turysta! Tutaj!”. Nie potrzebujesz mapy, nie musisz rozkładać przewodnika – lokalsi już wiedzą, że zaraz zapytasz o drogę do McDonald’sa. I nie łudź się, że „to tylko wygoda” – nic nie jest tak wygodne jak klapki na gołą stopę, ale ty postanowiłeś udawać, że twoje stopy to jakieś święte relikwie wymagające całodobowej ochrony. Efekt? Wyglądasz, jakbyś właśnie uciekł z sanatorium i zgubił się w centrum Barcelony. A jeśli myślisz, że nikt tego nie zauważa, to przypomnę ci, że mieszkańcy mają smartfony – i twoje skarpetkowe wybory modowe już dawno krążą po internecie jako memy.

 

2. Krzycz po polsku – wszędzie

To klasyk, bez którego polska turystyka nie mogłaby istnieć. Jesteś w Hiszpanii, Włoszech czy Grecji i kelner nie rozumie, że chcesz dwa piwa? Żaden problem – zamiast spróbować angielskiego, machnąć ręką albo choćby pokazać palcami, uruchamiasz swoje struny głosowe z mocą startującego Tupolewa. Bo przecież, jak wiadomo, jeśli mówisz w obcym języku, którego nikt nie zna – wystarczy mówić głośniej, a magia komunikacji zadziała. To dlatego kelner, zamiast podać ci te dwa piwa, patrzy na ciebie, jakbyś właśnie próbował zamówić rakietę balistyczną do stolika.

Zadziwiające jest to, że Polacy nie robią tego w kraju – nikt w barze w Białymstoku nie wrzeszczy „DWA PIWA, MACIE NORMALNE?!”, ale za granicą od razu włącza im się funkcja megafon. Może to jakieś ukryte przekonanie, że cały świat zna polski, tylko udaje, że nie rozumie. Efekt? Zamiast piwa dostajesz pogardliwy uśmiech, a kelner zapisuje cię w pamięci jako „ten wściekły dzikus w sandałach”. Co gorsza, reszta lokalu też już wie, że przyjechaliście – bo przecież twój głos niesie się tak, że spokojnie mógłby zastąpić lokalne dzwony kościelne. I nie myśl sobie, że to działa – w rzeczywistości wszyscy wokół są tylko bardziej poirytowani. Wyjątkiem są inni Polacy w pobliżu – oni natychmiast cię rozpoznają i wstydzą się za ciebie, a potem wracają do hotelu i mówią: „No tak, stereotyp Polaka na wakacjach potwierdzony”. To trochę tak, jakbyś próbował wytłumaczyć komputerowi problem, waląc w klawiaturę pięścią – efekt ten sam: zero komunikacji, dużo hałasu i wszyscy mają cię serdecznie dość.

 

3. Selfie na środku wszystkiego

Jeśli turystyka ma swoje największe przekleństwo XXI wieku, to jest nim kijek do selfie. Niby mały gadżet, a zamienił ludzi w najbardziej denerwujące istoty na świecie – chodzące blokady ruchu. Wystarczy, że wejdziesz do zabytkowej katedry, przejdziesz przez wąską uliczkę albo spróbujesz wejść na most – i już ktoś rozkłada przed tobą teleskopowy patyk, jakby właśnie przygotowywał start rakiety NASA.

Oczywiście, taki turysta zawsze musi stanąć dokładnie na środku przejścia, najlepiej w miejscu, gdzie zbiegają się wszystkie kierunki ruchu. Efekt? Dziesiątki ludzi za nim robią pogo jak na koncercie rockowym, próbując ominąć „króla Instagrama”. I nie chodzi o jedno zdjęcie – o nie! To zawsze są przynajmniej cztery wersje: uśmiechnięta, poważna, z pocałunkiem, i ta najbardziej żenująca – z wysuniętym językiem i znakiem „V” palcami. W międzyczasie reszta świata stoi, patrzy i traci resztki cierpliwości.

Co ciekawe, zdjęcie nigdy nie oddaje tego, co naprawdę widzisz. Panorama w tle wychodzi prześwietlona, twoja twarz wygląda jakbyś spędził ostatnie trzy noce w kolejce po paszport, a mimo to turysta powtarza sesję do momentu, aż reszta ludzkości zdąży znienawidzić całe jego istnienie. A potem, jakby tego było mało, jeszcze to zdjęcie wrzuca na Instagram z podpisem „#blessed #wanderlust #livingmybestlife”, podczas gdy 50 osób za nim właśnie przeżyło nerwicę. To tak, jakby wjechać samochodem na środek ronda i powiedzieć: „Poczekajcie chwilę, muszę zrobić sobie zdjęcie za kierownicą”. Nie, nikt nie poczeka. Każdy będzie cię przeklinał w duchu i życzył, żeby twój kijek złamał się przy najbliższym ruchu.

 

4. Dotykaj wszystkiego w muzeum

Każde muzeum ma ten sam, prosty regulamin: „Nie dotykać eksponatów”. Ale turysta – ten wyjątkowy gatunek człowieka – czyta to jako: „Proszę macać, aż się rozpadnie”. Nie wystarczy popatrzeć na starożytną wazę sprzed trzech tysięcy lat. Nie, trzeba ją smyrnąć palcem, jakby miała jakieś magiczne właściwości, które przejdą na ciebie przez dotyk. Najlepsze są dzieci, które biegną do każdej rzeźby i zaczynają wspinać się po niej jak po placu zabaw.

Ale prawdziwą sztuką jest, kiedy dorosły – 45-letni mężczyzna w sandałach i z plecakiem – próbuje dyskretnie pogłaskać średniowieczny obraz, a potem udaje zdziwienie, że nagle podbiega do niego ochroniarz. I zawsze jest to samo tłumaczenie: „Ja tylko chciałem zobaczyć, czy to prawdziwe”. Tak, Sherlocku, właśnie w ten sposób muzea weryfikują autentyczność swoich zbiorów – czekają, aż ktoś z Radomia przyjedzie i podrapie fragment, żeby sprawdzić, czy farba się nie sypie. To jest ta sama logika, co z tabliczką „Świeżo malowane” – każdy musi dotknąć, żeby się upewnić, że napis nie kłamie. I gdyby to był tylko jeden turysta, pół biedy. Ale takich jest dziennie setki, więc potem rzeźba, która przetrwała wojny, rewolucje i pożary, w końcu poddaje się… polskiemu paluchowi.

Najgorsze jest to, że reszta zwiedzających patrzy z pogardą, ale w głowie i tak myśli: „Ciekawe, jak by to było, gdybym ja też dotknął”. W efekcie muzeum zamienia się w arenę, gdzie eksponaty walczą o życie z hordą turystów udających archeologów-amatorów.

 

5. Narzekaj na jedzenie

Każdy kraj ma swoje kulinarne skarby – dania dopracowywane przez pokolenia, pełne aromatów, przypraw i historii. A turysta? On ma porównanie do schabowego w niedzielę u babci i uważa, że to absolutny szczyt sztuki kulinarnej. Dostajesz w Grecji świeżą ośmiornicę z oliwą, czosnkiem i cytryną, a twoja reakcja to: „Ble, guma do żucia. W Polsce to bym se kebsa wszamał”. We Francji kelner przynosi foie gras, a ty pytasz, gdzie mają ketchup, bo „bez sosu to się nie da”. We Włoszech zamawiasz carbonarę, a potem prosisz o śmietanę – i dziwisz się, że kucharz chce rzucić w ciebie patelnią. W Hiszpanii tapas są „za małe”, w Turcji baklava jest „za słodka”, a w Anglii fish and chips „smakuje jak ryba w panierce”, co jest, nawiasem mówiąc, całą istotą tego dania.

Najgorsze jest to, że turyści narzekają nie po cichu, tylko z takim namaszczeniem, jakby właśnie odkryli kulinarną teorię względności. Oczywiście, zawsze kończy się na tym, że ktoś wstaje i mówi kelnerowi, że „w Polsce lepsze”. Bo przecież Włosi, Japończycy czy Grecy tylko czekają, aż ktoś z Radomia przyjedzie i powie im, jak gotować. I w tym momencie cała sala restauracyjna wie, że do kraju wjechał nowy ambasador gastronomicznego wstydu. Co ciekawe, ci sami ludzie po powrocie do domu chwalą się wszystkim: „Wiesz, byłem w Paryżu i jadłem te ich żabie udka. Fuj, nigdy więcej, ale wiesz co, bigos to jest dopiero jedzenie!”.

Tak, światowa kuchnia jest beznadziejna, a my mamy kapustę z kiełbasą i wiarę, że cała reszta ludzkości się myli.

 

6. Zostawiaj śmieci gdzie popadnie

Nic tak nie krzyczy „turysta był tutaj” jak pusta butelka po piwie porzucona na plaży. To taki podpis na krajobrazie, jakbyś chciał powiedzieć: „Byłem w raju i postanowiłem go trochę urealnić”. W górach – puszka po energetyku na szlaku. W parku – paczka po chipsach wetknięta między krzaki. W centrum miasta – papier po kebabie leżący na ławce, jakby to była część wystawy plenerowej. To jest fenomen socjologiczny: ludzie, którzy w domu narzekają na brud i śmieci, w momencie wyjazdu zamieniają się w chodzące maszyny do produkcji odpadów. „Ale przecież kosza nie było w pobliżu” – słyszysz tłumaczenie, jakby naprawdę kilometr marszu z pustą butelką był torturą rodem z Guantanamo.

A najpiękniejsze jest to, że każdy zostawiony papierek ma w sobie coś z kolonializmu – jakby turysta mówił do świata: „Macie tu, za darmo, fragment mojego życia w formie folii po batonie”. Dla mieszkańców to oczywiście powód do białej gorączki. Wyobraź sobie, że żyjesz w malowniczej wiosce, a co rano musisz zbierać po obcych puste butelki Żubra, bo ktoś postanowił, że twoja okolica to najlepszy śmietnik świata. I to nie jest zwykłe lenistwo – to jest forma ekspresji. Turyści zachowują się jak artyści, którzy wystawiają śmieci w galerii, z tą różnicą, że ich „sztuka” śmierdzi i psuje widok. A kiedy zwrócisz im uwagę, zawsze pojawia się to samo zdanie: „To tylko jeden papierek, co to zmienia?”. Cóż, zmienia tyle, że po miesiącu twoja plaża wygląda jak po koncercie disco polo na wiejskim boisku.

 

7. Targuj się o wszystko

Nie ma dla turysty większej atrakcji niż targowanie się. Nieważne, czy kupujesz magnes za dwa euro, ręcznie robiony dywan, czy złoty pierścionek u jubilera – zawsze musisz spróbować zejść z ceny o połowę, bo przecież „w Polsce to taniej”. Na bazarze jeszcze to ma jakiś sens, ale próba wynegocjowania rabatu w restauracji albo na bilety do muzeum to już wyższy poziom bezczelności. Klasyk wygląda tak: sprzedawca mówi „pięć euro”, turysta odpowiada „dwa”. Sprzedawca przewraca oczami, turysta obstaje przy swoim, a po kwadransie i tak płaci pięć, ale wychodzi z poczuciem, że „urwał coś dla siebie”. Problem w tym, że nie jesteś sprytnym biznesmenem, tylko upierdliwym klientem, którego sprzedawca będzie wspominał gorzej niż podatki.

A najgorsze jest to, że turysta potrafi targować się o każdą pierdołę – nawet o plastikowy brelok w kształcie wieży Eiffla, który kosztuje mniej niż kawałek gumy do żucia. Efekt? Strata czasu dla obu stron i niechęć sprzedawców, którzy następnym razem doliczą ci „podatek od Janusza”. Oczywiście, jeśli już uda się zbić cenę o 20 centów, turysta wychodzi z triumfalnym uśmiechem, jakby właśnie przechytrzył cały system kapitalizmu. Lokalsi widzą w tym jedynie brak szacunku – dla ich pracy, tradycji i logiki. Ale turysta wraca do hotelu i opowiada rodzinie: „Patrz, normalnie chciał pięć euro, a ja załatwiłem za cztery pięćdziesiąt. Biznesmen roku!”. Tylko że w oczach sprzedawcy jesteś bohaterem innej kategorii: klienta, którego nie chciałby obsłużyć nawet, gdyby mu płacili podwójnie.

 

8. Karm gołębie i krzycz „chodź tu, ptaszku!”

Jeśli istnieje piekło dla mieszkańców miast, to jego symbolem nie jest korek uliczny ani polityk na billboardzie, tylko stado gołębi. A turysta, niczym samozwańczy Dr Dolittle, ma nieodpartą potrzebę dokarmiania tych latających szczurów chlebem, popcornem i resztkami kebaba. Oczywiście, robi to w centrum miasta, najlepiej na głównym placu, gdzie jeszcze pięć minut wcześniej ktoś próbował spokojnie wypić kawę.

Efekt? Tłum skrzydlatych zombie ląduje na stolikach, krzesłach i głowach przechodniów, zamieniając turystyczną perełkę w scenę jak z filmu Hitchcocka. I zawsze jest ten sam schemat: turysta wyciąga rękę z okruchem, krzyczy „chodź tu, ptaszku!”, a sekundy później otacza go 50 głodnych bestii gotowych wyrwać mu palce. W tym samym czasie lokalsi przewracają oczami tak mocno, że grozi im wstrząs mózgu. Nie bez powodu wiele miast wprowadziło zakaz karmienia gołębi – bo każdy chlebek wrzucony na bruk to kolejna kupa na pomniku narodowego bohatera. Ale turysta ma w nosie przepisy, bo „przecież to tylko ptaszki”. Tak, ptaszki, które roznoszą choroby i traktują twoją fryzurę jak toaletę publiczną. 

Co gorsza, turyści uwielbiają robić sobie zdjęcia z gołębiami na ramionach – jakby to było egzotyczne safari, a nie scena przypominająca biedną wersję Hogwartu z ptasim guanem zamiast magii. Po wszystkim zostaje plac zasypany resztkami bułek, rozdrażnione ptactwo i mieszkańcy, którzy mają ochotę wręczyć ci bilet powrotny do domu w jedną stronę.

 

9. Zrób sobie „piknik” gdzie popadnie

Nie ma nic piękniejszego niż turysta, który postanawia, że cała przestrzeń publiczna to jego prywatny ogródek działkowy. Park? Rozkłada koc. Schody zabytkowej katedry? Idealne miejsce na kanapki z pasztetem i jajkiem na twardo. Środek ruchliwego placu w Barcelonie? Proszę bardzo – wyciąga reklamówkę z Biedronki, stawia piwo, wyciąga kiełbasę i zaczyna biesiadę. Lokalsi patrzą z niedowierzaniem i nie wiedzą, czy mają dzwonić po policję, czy po ekipę „Usterki”.

Problem w tym, że taki turysta nie widzi w tym nic dziwnego – w końcu „u nas na ławce pod blokiem też się tak je”. Efekt? Twoja kolacja ląduje w obiektywie wszystkich przechodniów, którzy wrzucają zdjęcia na Instagram z podpisem „Polish picnic edition”. A potem dziwisz się, że mieszkańcy nie traktują cię jak gościa, tylko jak intruza, który zamienił centrum ich miasta w remizę strażacką podczas dożynek. I jeszcze zostawiasz po sobie butelki, opakowania i zapach czosnkowej kiełbasy, który będzie unosił się nad zabytkiem dłużej niż wspomnienie twojej wycieczki.

 

10. Porównuj wszystko do Polski

Nie ma nic bardziej irytującego niż turysta, który traktuje każde miejsce na świecie jak konkurenta do swojego osiedlowego baru mlecznego. Stoisz w Paryżu pod wieżą Eiffla i słyszysz: „Ładna, ale w Warszawie to Pałac Kultury wyższy”. Włosi dumni ze swojej pizzy? „A u nas w Krakowie to lepszą robią, i taniej”. Hiszpan pokazuje ci flamenco? „Eee, u nas wesele lepsze, bo się przyśpiewki robi”. To jest ta niesamowita zdolność Polaka do wciągania całego świata w pojedynek, którego nikt inny nie chciał. Bo nikt w Tokio nie porównuje sushi do kebaba w Radomiu, a nikt w Rio nie stwierdza, że karnawał jest gorszy niż dożynki w Pcimiu. Ale polski turysta? On zawsze musi. To jego supermoc – podróżowanie nie po to, żeby coś zobaczyć, tylko po to, żeby udowodnić, że i tak „u nas lepsze”.

Efekt? Lokalsi patrzą z mieszaniną zdumienia i irytacji, zastanawiając się, po co w ogóle tu przyjechałeś. To trochę jakbyś poszedł do restauracji i przez cały obiad mówił kelnerowi, że w twojej kuchni mamusi i tak jest smaczniej. Co gorsza, turyści nie tylko porównują, ale jeszcze wypowiadają te sądy z dumą, jakby właśnie odkryli prawdę absolutną. A przecież to absurd – porównywać gondolę w Wenecji do tramwaju w Łodzi, czy safari w Kenii do wycieczki na działkę w Ząbkach. Ale turysta nigdy nie odpuści, bo Polska w jego narracji zawsze musi być „naj”. I tu jest problem: jeśli wszędzie jest gorzej niż w Polsce – to po co w ogóle wyjeżdżasz? Odpowiedź jest prosta: żeby innym to wytknąć.

 

11. Stań w kolejce i udawaj, że cię nie dotyczy

Kolejki to świętość. Ludzie stoją, czekają, pocą się i tracą nerwy, ale zasada jest prosta – kto pierwszy, ten lepszy. Tylko turysta ma w sobie tę bezczelną odwagę, by udawać, że zasady kolejek go nie dotyczą. Najpierw powoli podchodzi bokiem, niby „tylko patrzy”, potem udaje, że pyta o coś znajomego, aż w końcu magicznie znajduje się dwa miejsca przed tobą. I gdy zwrócisz mu uwagę, zawsze słyszysz to samo: „Ale ja tylko…”. Tak, tylko zepsułeś system, który ludzkość udoskonalała przez wieki. W oczach reszty jesteś jak typ, który wjeżdża na rondo pod prąd – żywy dowód na to, że brak wstydu to też forma supermocy.

 

12. Rozmawiaj głośno przez telefon – wszędzie

Bo przecież świat musi wiedzieć, że dzwonisz do cioci Krysi i tłumaczysz jej, ile kosztuje piwo w Barcelonie. Świątynia? Zero problemu. Pociąg nocny, w którym wszyscy próbują spać? Idealne miejsce na rozmowę o tym, kto co mówił na ostatnim weselu. Lotnisko? Oczywiście, na głośnomówiącym, żeby wszyscy wokół mogli uczestniczyć w twojej telenoweli. Turyści z takim nawykiem nie komunikują się z jedną osobą – oni prowadzą globalny podcast, transmitowany na żywo do wszystkich przypadkowych przechodniów. A najgorsze jest to, że zawsze mówią o kompletnych bzdurach, które absolutnie nikogo nie obchodzą, poza nimi samymi.

 

Podsumowanie

I tak właśnie wygląda instrukcja obsługi turysty – od sandałów ze skarpetą, przez krzyki w obcym języku, po karmienie gołębi i robienie selfie na środku przejścia. Nie musisz kraść, nie musisz dewastować zabytków, nie musisz nawet być pijany jak samozwańczy wodzirej na wiejskim festynie. Wystarczy, że będziesz robił to, co dla ciebie wydaje się „normalne”, a w oczach mieszkańców staniesz się bardziej irytujący niż alarm samochodowy o trzeciej nad ranem. Bo prawda jest taka: turysta to nie odkrywca, tylko problem w sandałach, który zostawia po sobie śmieci, memy i traumę. I o ile podróże miały kiedyś poszerzać horyzonty, to dziś głównie poszerzają bazę danych lokalnych anegdot o „tym dziwaku z Polski, co pytał o ogórkową w Rzymie”. Ale hej – nie martw się. Świat i tak ci tego nie zapomni.

 

Cerfyfikat

 

Nazywam się Quill. Lord Alistair Quill. Kawa bez mleka. I bez sensu.
Travelogic Zero × Loony Planet

  




Podoba Ci się to, co czytasz?

Postaw kawę Postaw mi kawę. Każdy łyk to inwestycja w kontrolowany chaos, szkockie błoto i historię pełną decyzji, których rozsądny człowiek nigdy by nie podjął. A jednak — podjąłem.
Nawet lord potrzebuje kofeiny, aby utrzymać swoje królestwo w stanie lekkiego, twórczego nieporządku. A uwierz mi: chaos sam się nie finansuje. 

 

Podróżnikopedia: artykuły losowe, sens również: