Ułatwienia dostępu
Przejdź do głównej treści

Loony Planet: All Inclusive - survival w raju

Loony Planet: All Inclusive - survival w raju

All Inclusive brzmi jak obietnica raju. Nieograniczone jedzenie, drinki, leżaki i poczucie, że przez tydzień możesz udawać milionera za cenę używanego roweru z OLX. Ale prawda jest taka, że to nie są wakacje. To test psychiczny, survival, obóz przetrwania w otoczeniu palm i chloru.

Bo All Inclusive to nie relaks. To gra o tron w bikini. To codzienny maraton, w którym stawką jest kawa, leżak i trochę spokoju, a przeciwnikami – inni turyści, którzy o 6 rano zakładają ręczniki na krzesła jak flagi zwycięstwa.

To jest raj – ale taki, który Bóg stworzył ósmego dnia, już kompletnie zmęczony. Raj, w którym drinki smakują jak rozpuszczone landrynki, a codzienna walka o jajecznicę przy bufecie przypomina finał mistrzostw świata w rugby.

I to właśnie tutaj, w hotelu „Paradiso Resort & Spa” (który ma tyle wspólnego z rajem, co bigos z kuchnią francuską), odkryjesz prawdziwe znaczenie słowa „przygoda”.

Pokój hotelowy – luksus w wersji mikroklimatu i azbestu

Pokój hotelowy – luksus w wersji mikroklimatu i azbestu

Folder reklamowy obiecywał raj: panoramiczne okno z widokiem na ocean, pościel bielsza niż uśmiech celebryty z reklamy pasty do zębów i klimat wnętrza w stylu „minimalistyczny luksus”. Rzeczywistość? Okno wychodzi na parking dla dostawców, pościel ma kolor „kiedyś biały”, a minimalistyczny jest jedynie brak jakichkolwiek mebli poza łóżkiem.

Klimatyzacja działa w dwóch trybach: „tropikalna sauna” i „Antarktyda w lipcu”. Nigdy nic pomiędzy. Albo się gotujesz jak pierogi, albo budzisz się zamarznięty i zastanawiasz, czy właśnie wszedłeś w stan hibernacji. Obsługa twierdzi, że „to normalne” i że wystarczy „ustawić na 23 stopnie” – co oczywiście nie zmienia absolutnie nic.

Łóżko? To eksperyment fizyczny. Materac to zbiór sprężyn pamiętających jeszcze czasy, kiedy Elvis żył, a każda z nich postanawia pracować indywidualnie. Kładziesz się – i nagle znajdujesz punkt nacisku, który wbija ci się w żebra tak precyzyjnie, że czujesz, jakby projektował to ortopeda–sadysta. Jeśli obrócisz się o 20 stopni, uruchamiasz tryb trampoliny i przenosisz się pół metra dalej.

Łazienka? Prawdziwy escape room. Wanna wygląda jak stanowisko laboratoryjne, kafelki pamiętają zimną wojnę, a kran kapanie traktuje jak performance art – w rytmie free jazz. Z prysznica leci coś brunatnego, co na pewno nie jest wodą, a wentylacja produkuje dźwięki, które przypominają ryczenie lwa zmieszanego z odgłosem odkurzacza. Do tego dochodzi fauna: komar wielkości drona i jaszczurka, która od trzech dni patrzy ci w oczy znad lustra, jakby sprawdzała, czy jeszcze żyjesz.

Wisienką na torcie jest opis w katalogu: „komfortowe warunki dla wymagających gości”. Tylko że wymagający goście już dawno wybiegli, a ty zastanawiasz się, czy dopłata za „widok na ocean” obejmuje także wiadro, w którym zbierasz wodę kapiącą spod klimatyzacji.

I właśnie w tym momencie zdajesz sobie sprawę, że jedyną pięciogwiazdkową rzeczą w tym hotelu jest niebo, które widzisz przez dziurę w suficie.

 

Śniadaniowy maraton

Śniadaniowy maraton

Śniadanie w hotelu All Inclusive nie jest posiłkiem. To igrzyska głodu i determinacji, gdzie zasady są proste: albo wygrasz, albo zostaniesz z zimną parówką i kromką chleba, która widziała lepsze czasy w poprzedniej epoce. Bufet otwiera się o 7:00, ale pierwsi zawodnicy pojawiają się już o 6:30, ustawiając się w kolejce jak po nowego iPhone’a. Klapki, szlafroki, mokre włosy po szybkim prysznicu – to nie jest grupa turystów. To batalion bojowy, gotowy rzucić się na jajecznicę z taką pasją, jakby od niej zależało bezpieczeństwo narodowe.

Pierwsza konkurencja – walka o jajecznicę. Garnek pojawia się na bufecie i znika szybciej niż promocja w Ryanairze. Masz trzy sekundy, żeby sięgnąć po łyżkę. Jeśli się spóźnisz, zostają ci tylko zimne parówki o konsystencji gumki do mazania i smutek, którego nie zagłuszy nawet dodatkowa kromka chleba. Ludzie rzucają się na jajka z takim zapałem, że przypomina to wyprzedaż w Black Friday. W powietrzu czuć desperację i zapach przypalonego boczku.

Druga konkurencja – toastery. Te urządzenia to prawdziwi tyrani poranków. Ustawiają się do nich kolejki dłuższe niż do paszportów w urzędzie, a każdy kawałek chleba, który nie spali się na węgiel, jest traktowany jak cud. Ludzie stoją i patrzą, jak kromki powoli brązowieją, jakby obserwowali narodziny dziecka. A kiedy ktoś wyciąga kromkę „idealnie przypieczoną”, wokół rozlega się cichy jęk zazdrości. To już nie śniadanie – to misterium.

Trzecia konkurencja – kawa. Maszyna do kawy to największy przeciwnik turysty. Wydaje ją w tempie kropelki z kranu i zawsze w najmniej odpowiednim momencie odmawia posłuszeństwa. Kolejka do kawy przypomina pielgrzymkę – ludzie stoją z nadzieją, że tym razem dostaną pełny kubek zamiast espresso wielkości łzy. Słychać szepty: „wczoraj działała dłużej”, „podobno ktoś wcisnął dwa razy i nalało pełne”. A potem przychodzi moment, kiedy zamiast kawy leci woda – i wtedy już wiesz, że jesteś w piekle.

Czwarta konkurencja – sztućce. Bo w All Inclusive sztućce są towarem deficytowym. Kto nie zdobędzie widelca, ten je jajecznicę palcami i udaje, że tak jest bardziej „lokalnie”. Widać całe rodziny, które stworzyły system obronny wokół jednego noża, przekazywanego z rąk do rąk niczym relikwia. Ci, którzy się spóźnili, improwizują – kroją parówki plastikową kartą kredytową albo udają, że kanapka nie wymaga krojenia.

A na końcu, gdy już siądziesz przy stole, czujesz dumę. Wygrałeś. Masz talerz pełen dziwnych rzeczy, których normalnie nigdy byś nie połączył: ogórki, jajecznica, naleśnik i fasolka w pomidorach. I jesz to wszystko, bo to jest właśnie smak zwycięstwa – smak All Inclusive.

 

Wojna o leżaki

Wojna o leżaki

All Inclusive to nie tylko bufet. To także bitwa o leżaki, w której obowiązuje jedna zasada: „kto pierwszy, ten leży”. Oficjalnie plaża otwiera się o 8:00, ale już o 6:00 widać pierwszych partyzantów w akcji. Wyposażeni w ręczniki, niczym żołnierze z flagami, zajmują strategiczne punkty – bliżej basenu, bliżej baru, bliżej wszystkiego. Ręcznik rzucony na leżak to tutaj nie tylko kawałek materiału. To akt własności, dokument ważniejszy niż paszport.

Pierwsza fala ataku zaczyna się, kiedy jeszcze słońce nie wstało. Turyści w piżamach, z włosami sterczącymi jak po burzy, maszerują w kierunku basenu jak zombie. Nie chcą odpoczywać – oni chcą zwyciężyć. Ręcznik trzepnięty o plastikowy leżak to jak wbicie flagi na szczycie Everestu. To ich terytorium. Choć nie będą na nim leżeć przez najbliższe sześć godzin, to nieważne. Liczy się symbol.

Druga fala to ci, którzy spóźnili się na bitwę, ale wciąż próbują coś ugrać. Chodzą wokół basenu jak hieny, szukając „słabego punktu” – leżaka z ręcznikiem, na którym nikt nie pojawił się od trzech godzin. Pojawia się dramatyczne pytanie: czy mogę usunąć ręcznik i przejąć miejsce? To moralny dylemat na miarę greckiej tragedii. A gdy ktoś odważy się podnieść obcy ręcznik, nagle znikąd pojawia się właściciel – czerwony jak homar, z miną gotową do wojny.

Trzecia fala to desperaci. Ci, którzy wiedzą, że wszystkie leżaki są już zajęte, więc próbują położyć się na trawie, na ręczniku, na własnej dumie. Ale i tam nie mają spokoju – zawsze pojawi się ktoś z hotelowej obsługi, przypominając, że „to nie strefa wypoczynku”. Ci desperaci patrzą wtedy na basen jak na utracony raj, a ich spojrzenia mówią jedno: „przegrałem życie”.

Kulminacja przychodzi w południe, kiedy słońce pali jak piekarnik, a wokół basenu leży sto leżaków – wszystkie „zajęte”, ale połowa pustych. Woda w basenie bulgocze, bar serwuje drinki o barwach syropu dla dzieci, a wojna trwa dalej. Ludzie pilnują swoich pustych leżaków bardziej niż dzieci, które w tym czasie taplają się w basenie, krzycząc jak w horrorze klasy B.

I wtedy rozumiesz, że wojna o leżaki to nie zabawa. To symbol. To dowód, że w raju nie ma spokoju. Że urlop to teatr absurdu, a leżak – rekwizyt, bez którego nikt nie czuje się zwycięzcą.

 

Animacje i rozrywka hotelowa

Animacje i rozrywka hotelowa

Nie ma urlopu All Inclusive bez hotelowych animacji. A animacje to, proszę państwa, teatr groteski w czystej postaci. Zaczyna się niewinnie – ktoś w stroju banana zaprasza cię do aerobiku w basenie. Myślisz: „odmówię grzecznie i pójdę spać”. Ale banana nie da się tak łatwo zignorować. Banan jest wszędzie. Banan wróci.

Aerobik w basenie wygląda jak rytuał religijny nieznanej sekty. Dziesięć osób macha rękami w wodzie, trzy udają, że coś ćwiczą, a reszta po prostu chlupie, by mieć wymówkę na kolejnego drinka. Animator w krzykliwym stroju krzyczy do mikrofonu: „JUMP! JUMP!”, a głośniki wyją tak głośno, że ryby w morzu zaczynają robić synchronizowany taniec.

Wieczorne show to osobny rozdział tragedii. W programie: kabaret, którego nie rozumiesz, bo jest w pięciu językach naraz. Potem karaoke, w którym Niemiec próbuje śpiewać Despacito, a Hiszpan wykonuje „My Heart Will Go On” w wersji death metal. Kulminacją jest pokaz tańca brzucha prowadzony przez kelnera, który dwie godziny wcześniej podawał ci frytki. Publiczność klaszcze, ale nikt nie wie, dlaczego.

Mini disco dla dzieci – to dopiero hardcore. Dzieci tańczą w rytm piosenek, które brzmią jak muzyka tortur z Guantanamo. Animatorzy udają, że mają energię, ale w oczach widać śmierć i desperację. Rodzice stoją z boku, filmują telefonami i zastanawiają się, jak szybko można kupić drinka z podwójnym rumem, żeby to znieść.

Najlepsze są jednak quizy i konkursy. Kto wypije szybciej piwo, kto zatańczy bardziej bezwstydnie, kto najdłużej wytrzyma z rękami w górze przy muzyce disco polo z remizy. Nagroda? Koszulka z logiem hotelu albo darmowy koktajl, który i tak masz w pakiecie. Ale tłum walczy o to jak o złoto olimpijskie.

I kiedy siedzisz, patrząc na ten cyrk w wersji ekonomicznej, zaczynasz rozumieć, że hotelowa rozrywka nie jest dla ciebie. Ona jest dla świata. Dla tych, którzy wierzą, że wakacje to czas, by stać się gwiazdą – choćby na chwilę. A ty? Ty i tak w końcu trafisz na karaoke. Bo nawet jeśli się bronisz, animator w stroju banana zawsze cię znajdzie.

 

Bufet All Inclusive

Bufet All Inclusive

To właśnie tu rozgrywa się prawdziwy survival. Stół szwedzki wygląda jak pole bitwy, na którym ścierają się narody, temperamenty i talerze o pojemności większej niż samochodowy bagażnik.

Pierwsze wrażenie: raj na ziemi. Pięć rodzajów sałatek, dwanaście mięs, ciasta w kolorach, których nie zna paleta Pantone. W powietrzu zapachy z pięciu kontynentów – curry miesza się z pizzą, sushi z kotletem schabowym, a obok deserów leżą sery, które pachną jak umierający yeti.

Ale szybko okazuje się, że to nie raj, tylko igrzyska głodu i absurdu. Ludzie rzucają się na krewetki, jakby rozdawano tam akcje Apple. Przy makaronie stoi kolejka dłuższa niż do dentysty na NFZ, a kiedy trafisz na swoją porcję, makaron już zdążył się zespawać w jedną bryłę przypominającą cegłę.

Najbardziej fascynująca jest turystyka kulinarna w wykonaniu gości. Jeden nakłada na talerz jednocześnie bigos, sushi, spaghetti i trzy pączki. Drugi testuje wszystkie sosy, tworząc miksturę, która powinna być badana w laboratorium chemicznym. Trzeci bierze osiem talerzy naraz, jakby miał w planie nakarmić pół wioski.

Nie zapominajmy o rytuale polowania na desery. Tu zaczyna się walka na śmierć i życie. Tiramisu znika szybciej niż promocje na bilety lotnicze. Ktoś wraca z talerzem pełnym ciast, a ty zostajesz z jednym smutnym galaretkowym kwadracikiem, który pamięta jeszcze komunę.

A potem jest konsekwencja tego raju – talerze pełne resztek porzucone na stołach. Bo oczywiście wszyscy nakładają trzy razy więcej niż są w stanie zjeść. To jest prawdziwy All Inclusive: nieograniczony dostęp do jedzenia i równie nieograniczona zdolność marnowania go.

I w tym całym chaosie pojawia się pytanie: dlaczego to robimy? Dlaczego nakładamy 17 różnych dań, wiedząc, że nie damy rady? Bo bufet All Inclusive to nie jedzenie. To psychologiczna terapia – każdy z nas chce poczuć, że kontroluje świat. Że może mieć wszystko, teraz, od razu. Tyle że ta władza kończy się bólem brzucha i wieczorną wizytą w hotelowej apteczce.

 

Wycieczki fakultatywne

Wycieczki fakultatywne

To brzmi niewinnie. „Rejs statkiem”, „Zwiedzanie miasta z przewodnikiem”, „Safari”. A w praktyce? To jest ekstremalny test cierpliwości i wytrzymałości psychicznej.

Zaczyna się od autokaru, który wygląda jak wehikuł czasu z lat 80. Klimatyzacja działa tylko w teorii, a przewodnik twierdzi, że „będzie miło, tylko proszę się nie spóźniać”. Oczywiście ktoś się spóźnia. Zawsze. 40 osób czeka pół godziny, a winowajca wchodzi z miną niewiniątka, żując croissanta.

Potem przewodnik zaczyna swoją świętą mantrę: „Proszę spojrzeć w lewo, to jest bardzo ważny budynek…”. I wszyscy patrzą w lewo – ale tam nie ma nic, poza sklepem z magnesami i panią sprzedającą watę cukrową. W tle słychać mikrofon przerywający tak, że każde trzecie słowo brzmi jak komunikat z kosmosu.

Najlepsze są jednak obowiązkowe postoje w „miejscach wyjątkowych”. To nigdy nie są miejsca wyjątkowe. To sklepy z dywanami, oliwą albo bursztynem, w których połowa grupy zasypia na krzesłach, a druga połowa zastanawia się, jak uciec. I zawsze znajdzie się ten jeden turysta, który kupi dywan za równowartość używanego Fiata, bo „to okazja”.

Kiedy wreszcie dotrzesz do atrakcji, na którą czekałeś, masz… 17 minut na zwiedzanie. Dokładnie tyle, żeby zrobić trzy zdjęcia, kupić lody i już wracać. Przewodnik powtarza: „Szybciutko, szybciutko”, jakby gonił was do samolotu ewakuacyjnego.

I nie zapominajmy o obowiązkowych przyjaźniach wycieczkowych. Po trzech godzinach w autokarze znasz już historię chorób współpasażera, jego ulubione przepisy na pierogi i wszystkie imiona wnuków. To jest więź, której nie przerwiesz. Po powrocie do hotelu nadal będzie cię zaczepiał przy basenie, pytając, czy „też ci smakowała zupa krem z proszku”.

Wycieczka fakultatywna kończy się zawsze tak samo: zmęczeniem większym niż po maratonie i poczuciem, że właśnie zmarnowałeś dzień, który mógłbyś spędzić przy basenie. Ale spokojnie – jutro przewodnik zaproponuje kolejną, tym razem „naprawdę wyjątkową”.

 

Basen i plaża

Basen i plaża

W folderze reklamowym to raj: błękitna woda, miękki piasek i drinki z parasolką. W praktyce? To poligon doświadczalny dla cywilizacji w wersji „turysta”.

Basen

Bitwa zaczyna się o 6 rano. Ludzie wstają, żeby zająć leżaki ręcznikiem, jakby od tego zależało ich życie. Jeden rzuca ręcznikiem jak olimpijczyk dyskiem, inny kładzie książkę, której nigdy nie przeczyta, a trzeci zostawia klapek, bo przecież „to wystarczy”. Obsługa hotelu patrzy na to z miną archeologa, który właśnie odkrył nowy gatunek absurdu.

Kiedy już znajdziesz miejsce, zaczyna się rywalizacja o wodę. W basenie jest tyle chloru, że mógłbyś w nim wybielić całą swoją garderobę. Dzieci urządzają igrzyska wodne, skacząc tak, że twoje piwo z plastikowego kubka dostaje więcej fal niż Morze Północne. A w jacuzzi zawsze siedzi grupa ludzi, którzy myślą, że to ich prywatny gabinet SPA i patrzą na ciebie jak na intruza w królestwie bąbelków.

Plaża

Brzmi lepiej? Tylko do momentu, aż odkryjesz, że „plaża hotelowa” to pas piasku szerokości chodnika, gdzie leżaki stoją tak blisko siebie, że możesz poznać tatuaże sąsiada bez podnoszenia głowy. Piasek parzy jak patelnia, więc i tak lądujesz w wodzie – razem z setką innych turystów, którzy tworzą coś na kształt zupy ludzkiej w słonym bulionie.

A potem przychodzi moment gloryfikowany w folderach – zachód słońca. Wygląda pięknie, owszem, ale nie wtedy, gdy 50 osób ustawia się do selfie w tym samym miejscu, zasłaniając widok własnym ramieniem i filtrem „romantycznym”. I zawsze znajdzie się ten jeden gość z głośnikiem, który uważa, że Ed Sheeran jest obowiązkowym soundtrackiem do natury.

Basen i plaża mają jedną wspólną cechę: to nigdy nie jest relaks. To zawody w przetrwaniu. Wracasz do pokoju spieczony jak kotlet schabowy, z piaskiem w każdym możliwym zakamarku i z pytaniem: „czy ktoś to naprawdę lubi, czy wszyscy tylko udają?”.

 

Koktajlowa ruletka

Koktajlowa ruletka

Folder obiecywał „drinki w cenie”. Brzmiało jak marzenie. W praktyce? To laboratorium chemiczne, w którym barman eksperymentuje na tobie z konsekwencjami, jakie pamiętasz jeszcze następnego dnia przy śniadaniu.

Słodycz śmierci

Pierwszy drink smakuje jak soczek z dzieciństwa – tyle że ktoś wrzucił do niego pół kilograma cukru i kolor, który w naturze nie występuje. Drugi jest jeszcze gorszy – wygląda jak płyn do naczyń i zostawia taki sam posmak. Trzeci? To już psychodeliczny eliksir – zaczynasz wierzyć, że mówisz płynnie po hiszpańsku, podczas gdy w rzeczywistości bełkoczesz do kelnera o swojej traumie z WF-u.

Ruletka składników

Nazwa drinka nigdy nie ma nic wspólnego ze smakiem. „Blue Lagoon”? Smakuje jak rozpuszczone landrynki w denaturacie. „Sex on the Beach”? Bardziej przypomina „Hangover in the Elevator”. A „Margarita”? To woda z solą i odrobiną tequili, którą ktoś rozcieńczył tak, że nawet twoja babcia mogłaby ją podać na imieninach.

Efekt uboczny

Najgorsze jest to, że każdy drink działa identycznie – po trzecim widzisz świat w 4D i zaczynasz tańczyć do hitów z lat 90., których nawet DJ nie chciał już grać. Gdy wracasz do pokoju, korytarz hotelowy zmienia się w labirynt Minotaura, a klucz do drzwi jest nagle bardziej skomplikowany niż cała trylogia „Władcy Pierścieni”.

Koktajlowa ruletka ma jedną regułę: nigdy nie wygrywasz. Zawsze budzisz się rano z głową cięższą niż walizka Ryanaira i obietnicą, że „dziś już nie piję” – po czym o 17:00 znowu stoisz w kolejce po drinka, bo przecież „jest w cenie”.

 

Podsumowanie

Loony Planet: All Inclusive - survival w raju

All Inclusive to nie raj, to poligon doświadczalny. Uczestniczysz w reality show bez kamer, gdzie stawką jest twoja cierpliwość, a nagrodą – bilet powrotny do rzeczywistości.

Bo ostatecznie każdy „raj” kończy się tak samo: poparzeniem słonecznym w kształcie sandałów, kacem po drinku z parasolką i wspomnieniem, że hotelowa plaża wyglądała jak folder… dopóki nie pojawiłeś się ty i dwustu innych bohaterów tej samej ulotki.

I właśnie w tym tkwi magia Loony Planet: pokazujemy, że „all inclusive” to nie luksus. To survival – tylko w wersji z opaską na nadgarstku i nieograniczonym dostępem do bufetu, w którym jedynym limitem jest twoja odwaga żołądkowa.

Bo podróże, drodzy państwo, to nie rajskie pocztówki. To absurd, chaos i przygoda – i właśnie dlatego warto w nie wchodzić po uszy.

 

Nazywam się Quill. Lord Alistair Quill. Kawa bez mleka. I bez sensu.
Travelogic Zero × Loony Planet

  




Podoba Ci się to, co czytasz?

Postaw kawę Postaw mi kawę. Każdy łyk to inwestycja w kontrolowany chaos, szkockie błoto i historię pełną decyzji, których rozsądny człowiek nigdy by nie podjął. A jednak — podjąłem.
Nawet lord potrzebuje kofeiny, aby utrzymać swoje królestwo w stanie lekkiego, twórczego nieporządku. A uwierz mi: chaos sam się nie finansuje. 

 

Podróżnikopedia: artykuły losowe, sens również: